Emigracja, Islandia, Podróże

Mieszkając na bombie

Marzec 28, 2018

Po wybuchu nie będziemy drżeć przed tym, z czego wulkany słynne są najbardziej – lawą. Największe zagrożenie stanowić będzie woda. Jeśli erupcja będzie na tyle potężna, żeby przerwać i stopić pokrywę lodową – z góry spłynie nawet do trzystu tysięcy metrów sześciennych wody. Na sekundę. Zagrożenia, które będą pojawiać się w dalszej kolejności to: opad materiału piroklastycznego, pioruny generowane przez ładunki elektryczne w chmurze wulkanicznej, emisja gazów powodująca zanieczyszczenie powietrza, wody i ziemi. Problemem będzie oddychanie. Na kilka godzin zapadnie kompletna ciemność. Nastąpi brak prądu i zanik komunikacji radiowej. 

 

Tak się zdarzyło, że mieszkamy w miejscowości Vík í Mýrdal (najczęściej po prostu Vík). Nad miasteczkiem góruje majestatyczny lodowiec Mýrdalsjökull – czwarty co do wielkości lodowiec Islandii. Pod lodowcem zaś kryje się Katla – najpotężniejszy podobno wulkan na wyspie. Wulkan aktywny, dodajmy. Szczyt wulkanu sięga 1512 metrów nad poziomem morza, a jego kaldera ma rozmiar 10 x 14 km i jest pokryta 700-metrową warstwą lodu. Katla wybucha średnio co ok. 50 lat. Pamiętacie, ile zamieszania w Europie zrobił w 2010 roku wybuch Eyjafjallajökull? Cóż, ewentualny wybuch Katli będzie prawdopodobnie kilkukrotnie silniejszy. Chcielibyście mieć takiego sąsiada? 

Miasteczko Vík widziane z plaży. W tle po lewej stronie widać lodowiec Mýrdalsjökull. Mieszkamy w jednym z budynków w środkowej części fotografii.

 

Skąd wzięła się nazwa Katla? Są dwie teorie. Oficjalna wersja jest taka, że pochodzi ona od islandzkiego słowa ketill (ang. kettle), czyli… dzbanek/czajnik. Ma to związek z formą wulkanu. Wersja druga jest już dużo ciekawsza. Według legendy, w klasztorze Þykkvabæjarklaustur mieszkał opat. Opat miał gosposię o imieniu Katla. Była to duża kobieta o dość paskudnym usposobieniu. Plotka głosiła, że była wiedźmą, a w swoim posiadaniu miała magiczne bryczesy (ktokolwiek je założył, był szybki jak wiatr i nigdy się nie męczył). Wszyscy bali się Katli i unikali jej. Barði, pasterz strzegący owiec opata, przeraził się śmiertelnie, że spadnie na niego gniew Katli, kiedy nie przyprowadzi na czas owiec z gór (owce miały akurat ochotę rozpierzchnąć się po okolicy i biedny Barði nie mógł ich znaleźć). Pasterz “pożyczył” sobie zatem katlowe bryczesy, w mig znalazł owce i szczęśliwie wrócił do domu. Katla wiedziała jednak, że Barði użył jej własności. Jej gniew był tak straszny, że utopiła nieboraka w wielkiej kadzi z serwatką. Nie było po nim śladu. Zbrodnia prawie doskonała, ale był jeden szkopuł – poziom serwatki po jakimś czasie zaczął opadać i Katla zdała sobie sprawę, że wkrótce będzie widać ciało, a jej postępek wyjdzie na jaw. Dała więc dyla w swoich bryczesach. Udała się w stronę lodowca Mýrdal, gdzie przepadła w kanionie. Wkrótce potem wielka powódź zeszła z lodowca i zalała całe południowe wybrzeże. Mówiło się, że to sprawka wiedźmy Katli.

Ostatnia duża erupcja Katli miała miejsce w 1918 roku. Nikt wtedy nie zginął, ale grupa farmerów cudem uniknęła potopu, ratując się szaleńczą ucieczką konno. Musieli oni jednak oglądać, jak prawie cały ich żywy inwentarz tonie, zabrany przez jökulhlaupczyli powódź lodowcową. Naniesiony podczas powodzi materiał przesunął linię brzegową Islandii o jakieś 5 kilometrów, a chmura wyrzucanych pyłów mierzyła 14 kilometrów wysokości.

Wybuch Katli z 1918 roku (źródło: visitklaustur.is)

 

Katla przebudziła się na krótko jeszcze latem roku 2011. Nie doszło jednak do przebicia lodowej pieczęci, którą zamknięty jest wulkan. Magma wypływająca głęboko pod lodowcem Mýrdal wytopiła wystarczająco dużo lodu, żeby spowodować kolejny jökulhlaup. Zniszczeniu uległ most na rzece Múlakvísl, główna (i jedyna) droga biegnąca przez południe Islandii stała się nieprzejezdna. W samym środku sezonu turystycznego. Islandczycy, znoszący takie przeciwności losu od wieków, zmoblizowali się i pracując 24 godziny na dobę postawili nowy most w tydzień.

Przez ostatnie 1100 lat Katla wybuchła 20 razy. Biorąc pod uwagę datę tej ostatniej, właściwej erupcji, czyli 1918 – Katla jest spokojna wyjątkowo długo. W mediach i w rozmowie z mieszkańcami Islandii często można usłyszeć o spóźnionej Katli.  Niektórzy specjaliści uważają jednak, że takie postrzeganie aktywności wulkanicznej jest błędne. Procesy zachodzące głęboko pod ziemią są tak nieprzewidywalne, że niemożliwe jest jakiekolwiek oszacowanie daty kolejnej erupcji. Może to być kilka tygodni albo sto lat. Jedno stulecie to kawał czasu dla człowieka, ale jedynie mgnienie oka z punktu widzenia geologii.

Mapa islandzkich wulkanów. Katla oznaczona jest skrótem KAT. Wulkan ORA (Öræfajökull) oznaczony jest kolorem żółtym. Wskazuje to na zwiększoną aktywność wulkanu (źródło: icelandicvolcanos.is)

 

Po wybuchu nie będziemy drżeć przed tym, z czego wulkany słynne są najbardziej – lawą. Największe zagrożenie stanowić będzie woda. Jeśli erupcja będzie na tyle potężna, żeby przerwać i stopić pokrywę lodową – z góry spłynie nawet do trzystu tysięcy metrów sześciennych wody. Na sekundę. Czy cokolwiek oprze się takiej sile? Jökulhlaup nie jest na Islandii zjawiskiem rzadkim, ale Katla może sprawić, że będzie to prawdziwy kataklizm.

Na szczęście specjaliści szacują, że po ewentualnej erupcji wielka woda powinna spłynąć na Mýrdalssandur – niezamieszkane pustkowia na wschód od Vík. Ale czy najlepsi nawet naukowcy mogą przewidzieć, co raczy uczynić Natura? Zakładając, że Katla oszczędzi nasze miasteczko, zniszczenia i tak będą ogromne. W zapomnienie pójdą drogi i mosty (brak możliwości ewakuacji drogą lądową), a pewnie i także kilka okolicznych, położonych na uboczu farm.

Prawdopodobne kierunki jökulhlaup, czyli powodzi spowodowanej topnieniem lodowca (źródło: all-geo.org)

 

To nie wszystko. Zagrożenia, które będą pojawiać się w dalszej kolejności to: opad materiału piroklastycznego (nawet do 20 cm), pioruny generowane przez ładunki elektryczne w chmurze wulkanicznej, emisja gazów powodująca zanieczyszczenie powietrza, wody i ziemi. Problemem będzie oddychanie. Na kilka godzin zapadnie kompletna ciemność. Nastąpi brak prądu i zanik komunikacji radiowej. W nieco dalszej perspektywie – zniszczenie całej roślinności i paraliż ruchu lotniczego na Islandii, jak i w Europie. Uff!

Islandia jest przygotowana na takie ewentualności. Ludność jest przeszkolona i wie, co musi zrobić w przypadku zagrożenia wybuchem. Wszystkie telefony komórkowe w zasięgu otrzymają ostrzeżenie o nadchodzącej erupcji. Mieszkańcy zagrożonych terenów powinni zebrać się w określonym miejscu i czekać na dalsze instrukcje i ewakuację. Rolnicy natomiast zobowiązani są umożliwić bydłu ucieczkę na wyżej położone tereny, a następnie udać się do centrum ewakuacji, uprzednio wywieszając taką informację na drzwiach swoich domów.

Plan ewakuacji  opublikowany w listopadzie 2017 r. w związku ze zwiekszoną aktywnością wulkanu Öræfajökull

(źródło: icelandmonitor.mbl.is)

 

Nasze mieszkanie znajduje się zaledwie nieco ponad 20 kilometrów w linii prostej od strasznej Katli. Siedzimy zatem na bombie zegarowej, albo, żeby dodać jeszcze więcej dramaturgii – na przedsionku piekła (sformułowanie dosyć trafne, jeśli wziąć pod uwagę, jakie podziemne atrakcje skrywa Katla). Prędzej czy później zegar bomby wybije godzinę zero. Czy będziemy jeszcze tutaj? “Lepiej nie” – brzmieć będzie najbardziej logiczna odpowiedź. Gdzieś w głębi tli się jednak dość perwersyjne pragnienie, żeby na własne oczy zobaczyć erupcję wulkanu – jej niszczycielskie piękno i czystą manifestację siły Natury, wobec której my – ludzkie robaczki – jesteśmy bezbronni.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply