Emigracja

7 rzeczy, które nas wkurzają w Anglii

Kwiecień 15, 2017

Opowieści o Anglii i Anglikach często urastają do rangi legend. Kraina mlekiem i miodem płynąca. Ignorancja mieszkańców i przekonanie o własnej wyższości. Jak zwykle to z legendami bywa, tak tym razem niesamowite historie zostały zbudowane na ziarnku prawdy. Albo na dwóch. Po ponad dwóch latach mieszkania tutaj wyrobiliśmy sobie własne zdanie. Chcemy się dzisiaj z Wami podzielić naszą subiektywną listą 7 rzeczy, które się nam nie podobają w Anglii i które uwierają nas wprost proporcjonalnie do ilości czasu tu spędzonego.

1. Ignorancja i niechęć do wszystkigo co inne

Kolega z pracy usilnie obstaje przy stwierdzeniu, że ignorancja jest błogosławieństwem. Początkowo wywoływało to sprzeciw z mojej strony. Przecież ignorantem jest się z wyboru, a nie można wybrać własnego błogosławieństwa. Przeciwnie rzecz się ma do głupoty – tego wybrać nie możemy. Od jakiegoś czasu jednak milczę, bo nie warto strzępić języka.

Anglicy żyją i pracują z Polakami, Hiszpanami, Hindusami i Romami, ale nie wiedzą niczego o tych narodach i ludziach. I w dużej części wcale nie chcą wiedzieć. Słyszałam już wiele różnych opinii o Polsce: że sąsiadujemy z Norwegią, że mamy cały rok zimę, ale jednocześnie Polska leży blisko równika. Oraz, że ten czy tamten zawsze chciał jechać do Niemiec, bo chce odwiedzić Oświęcim. Raz zostałam zapytana, jakiej muzyki słuchamy w Polsce, bo chłopakowi wydawało się, że nie mamy dostępu do zachodnich szlagierów i słuchamy tylko rosyjskich bardów. To jedynie wierzchołek góry, mogłabym na ten temat napisać oddzielny, całkiem obszerny wpis.

Co się tyczy niechęci do wszystkiego co inne, podam przykład jedzenia, ale oczywiście nie jest on jedynym. Jak wspomniałam, jest tu wielu Polaków i Hindusów, a co za tym idzie polskie i indyjskie sklepy wyrastają jak grzyby po deszczu. Z niewiadomych powodów większość Anglików jakich znam nigdy tam nie była i nie próbowała np. polskiej kiełbasy. Każdy, kto choć raz jadł angielskie kiełbaski wie, że koło prawdziwego mięsa to one nie leżały. A jednak Anglik nie szuka smaczniejszych i zdrowszych alternatyw, które są na wyciągnięcie ręki.

Kiedy jem coś polskiego lub potrawę przyrządzoną w domu z przepisu z innego kraju, często zamiast ciekawości, spotykam obrzydzenie. Tak, tak – obrzydzenie – wykrzywione twarze, jakby coś śmierdziało. A to przecież tylko serek wiejski z bananem. Jak to? Serek wiejski podaje sie do sałatki i koniec! Jak można jeść chleb z serem na śniadanie?! Zapytał kolega, pewnie nieświadomy tego, że tosty, które jada każdego dnia to również chleb. Przynajmniej dla Anglika, który normalnego chleba nie jada.

2. Lenistwo

Jeżeli gdzieś nie można dojechać samochodem, a już nie daj buk, trzeba iść kilka mil piechotą, to się tam po prostu nie bywa. I tyle. Codziennie chodzę do pracy piechotą, raptem niewiele ponad 3 km w jedną stronę. Piotrek pokonuje jakieś 5km. Za każdym razem słyszymy zdziwienie i niedowierzanie. Ale jak to nie macie samochodu? To kupcie, przecież od chodzenia to się człowiek męczy! Oni jeżdżą samochodami praktycznie wszędzie. Kiedy są na wakacjach, to nawet nie chce im się zwiedzać  i spędzają całe tygodnie zamknięci w kilkugwiazdkowych hotelach. Piotrek pracował z jedną kobietą, która spędziła 2 tygodnie w Meksyku, nie zobaczywszy nic poza hotelem. Dodam, że taki model „podróżowania” jest tutaj standardem.

Co się tyczy tempa pracy i umiejętności Anglików, wolałabym się nie rozpisywać na ten temat, żeby nie psuć sobie nerwów. Powiem jedynie, że prawdopodobnie wszystko, co słyszeliście na ten temat to prawda. Oczywiście poznaliśmy kilka osób, które naprawdę świetnie pracowały, ale były to zdecydowanie wyjątki.

 

3. Warunki mieszkalne

Wąskie uliczki można przeżyć. Ale ciasne mieszkania to jakiś koszmar! Wiążąc buta wąchasz tyłek osobie zakłądającej kurtkę. O minięciu się w przejściu możesz zapomnieć. Wieczny bałagan, bo pomimo, że nie masz zbyt wielu rzeczy, to nie ma ich gdzie schować. Wszystko się piętrzy, a sprzątanie to typowa syzyfowa praca, której efekty utrzymują się przez maksymalnie 2 godziny. Gotowanie w takiej kuchni to prawdziwe pole do popisu dla strategów. Bez odpowiedniego systemu układania, krojenia i skakania przez poustawiane na podłodze garnki  obiadu nie będzie!

Dodatkowo wszystko śmierdzi wilgocią, grzyb wchodzi ze ścian na meble, a następnie na to, co się w tych meblach znajduje.  Jesienią, wczesną wiosną i przez całą zimę, czyli przez większość roku, pranie schnie około tygodnia (przy grzejniku!). A jak już wyschnie to śmierdzi starym dziadem. Jeśli jakimś cudem uda się wysuszyć pranie tak, żeby pachniało płynem do płukania, to po kilku tygodniach w szafie i tak śmierdzi kurzem/strychem/wilgocią/mokrym psem.

Na koniec najlepszy smaczek, czyli woda. Po pierwsze, Anglicy szczycą się  tym, że można w Anglii pić kranówkę, bo pochodzi ona z naturalnych źródeł. Na pewno w reszcie Europy jest zrobiona z plastiku. Moim zdaniem, ta woda jest po prostu niesmaczna! Wali chlorem na kilometr.

Skoro już jesteśmy przy wodzie, to po prostu muszę wspomnieć o dyskomforcie używania ciepłej wody. To, że z kranu leci albo ukrop, albo lodowato zimna woda, wszyscy już wiedzą. Ale wierzcie mi, mycie głowy, szczególnie jeśli ma się tak długie włosy jak ja, to droga przez mękę. No i to nie jest tak, że leci albo ukrop, albo zimna. One lecą na zmianę! Ile razy zdarzyło mi się stać pod prysznicem z namydoną porządnie dupą, czekając, aż woda z powrotem wskoczy na cieplejszy tyb! Żeby tego było mało, jeśli bierzesz prysznic, a druga osoba puści choćby kropelkę wody z kranu w kuchni, możesz zapomieć o ciepłej wodzie przez około minutę. Na koniec dodam jeszcze, że praktycznie nie zdarza mi się zmyć naczyń za jednym zamachem. Po umyciu 3 talerzy i 2 kubków z jakichś powodów kończy się ciepła woda i trzeba odczekać.

4. Ceny

Mój szef płaci za służbowe auto 500 funtów miesięcznie i cieszy się, że tanio. Jeszcze rok temu płacił 700. Przecież trzeba zapłacić, jak się chce jeździć najnowszym BMW. Niestety nawet, jeśli honor pozwala nam prowadzić mniej burżujskie auto, to koszty utrzymania takiego bzyka często przewyższają kwotę jego kupna. Już pominę fakt, że jeśli mąż i żona chcą jeździć tym samym autem, to muszą wykupić inny rodzaj ubezpieczenia, oczywiście droższy.

Koszty transportu miejskiego i kolejowego to jakiś żart! Niejednokrotnie bardziej opłaca sie wynająć auto na cały dzień niż kupić dwa bilety kolejowe w obie strony. Tym bardziej, że nie istnieje tu coś takiego jak nocne pociągi. Podobno chcieli kiedyś prowadzić, ale z powodu cechy opisanej w punkcie nr. 2, ludzie zaczęli prostestować i nocnych pociagów nie ma. Zatem jak chcesz gdzieś wyskoczyć za miasto to albo autem, albo płać za hostel i bierz urlop, bo na noc do domu nie wrócisz. Niejednoktornie z tego powodu musieliśmy obejść się smakiem i siedzieć w domu, zamiast zrobić sobie fajny weekendowy wypad za miasto.

Na szczęście (odpukać) nie korzystaliśmy jeszcze z usług specjalistów jak hydraulik, mechanik, elektryk itp., ale ceny są kosmiczne. Przyjdzie, popuka w rurkę, powie, że nic się nie da zrobić i kasuje 50 funiów. Tak samo jest z prywatnymi wizytami np. u dentysty. Najpierw czytasz cennik, potem siwiejesz, a na koniec łysiejesz. Przynajmniej zaoszczędzisz na fryzjerze.

5. Życie ponad stan

Życie na kredyt tu jest tak powszechne, że aż denerwuje. Anlicy ciągle narzekają, że nie mają pieniędzy, że musieli kupić nową kanapę za kilkaset funtów. Opowiadają sobie w jakich świetnych hotelach spędzili wakacje. Znają menu wszystkich okolicznych jadłodajni na pamięć, bo przecież zasługują na to, żeby się troszeczkę rozpieszczać po pracy. Drogie samochody, domy na które ich nie stać, zwierzęta (nie chodzi tylko o rasę, chociaż to też kosztuje niemało, ale utrzymanie takiego psa czy kota w Anglii jest super drogie).  Moja koleżanka z pracy otwarcie mówi, że wydaje więcej niż zarabia i nie może wyjść ze zdziwienia, że my mamy jakiekolwiek oszczędności. Co więcej, takie wyznanie nie spotyka się z powszechnym szokiem, a z kiwaniem głową, bo przecież to normalne. Nie chcę krakać, ale Grecy mieli kiedyś podobnie…

6. Opieka lekarska

Na ten temat chyba napiszę odzielnego posta, bo nabierało się trochę historii pod tytułem „śmieszno i straszno”. Ogólnie mówiąc, to na każdą dolegliwość dostajemy ibuprofen. Skierowania na badania profilaktyczne nie dostaniemy jeśli nic nam nie jest (to czym jest profilaktyka, pytam?). Za to dostaniemy tabletki antykoncepcyjne od ręki, jakie tylko chcemy, lekarz wyciąga katalog i niczym najlepszy sprzedawca samochodów z błyskiem dumy w oku mówi: „Wybieraj!”. Antykoncepcyjny implant zostanie nam wszepiony na 3 lata bez uprzednich badań, z rozwagą równą przepisywaniu tabletek.

 

7. Brak świadomości

Kiedyś koleżanka była z siebie dumna, że zaczęła się zdrowo odżywiać, bo zamieniła zwykły energetyk na ten bez cukru. Z kolei inna koleżanka była zdziwiona, że nie schudła w nowej pracy, bo przecież chodzi raz dziennie do biura na drugim piętrze po schodach i tak często chodzi do drukarki!

Ilość marnowanej żywności jest zatrważająca, ale śmieci się segreguje w niemal każdym domu. Przynajmniej oficjalnie. Białe pieczywo jest zdrowe, bo przecież zrobiliśmy kanapkę własnoręcznie a nawet włożyliśmy do niej pół listka sałaty. Woda mineralna smakuje obrzydliwie, a małym dzieciom daje się frytki i napój. Codzienny spacer w żółwim tempie ma sprawić, że będą ‚fit’, a samodzielnie pokrojone ziemniaki można smażyć na głębokim tłuszczu i jeść bez ograniczeń, bo nie dość, że zrobione w domu, to na dodatek są warzywem. A warzywa są zdrowe.

Powyższa lista to rzeczy, które nam się nie podobają w Anglii i które nas tu drżnią. Owszem, po jakimś czasie stają się śmiesznymi opowieściami do piwa czy wódki ze znajomymi, ale są dość uciążliwe w życiu codziennym. Szczególnie, jeśli spotykamy się z nimi niemal każdego dnia. Na szczęście poznaliśmy kilka osób, które odstają od angielskich norm i pozwalają nam zachować zdrowie psychiczne.

A czy Wam przeszkadzają jakieś cechy tubylców i kraju w którym obecnie mieszkacie?

You Might Also Like

7 komentarzy

  • Reply Kamil Kwiecień 15, 2017 at 3:41 pm

    Strasznie stronnicza i powierzchowna opinia pisana z perspektywy turysty lub pracownika sezonowego. Brytyjczykow jak polakow jest masa, i tak jak u nas czesc zadowoli sie pasztetrm, czesc je ichnie kielbaski. Pomijam fakt ze brytyjska kuchnia jest zakorzeniona w kulturze i historii kraju, rzucenie ze ktos nie chce sprobowac nowego… a jadla Pani cudowne pierogi z krewetka i limonka? No wlasnie.
    Lenistwo. Jeden z grzechow glownych, i jedna z przywar kazdego… a brytyjczycy… po prostu moga. Stac ich na lenistwo. Kultura zbudowana na niewolnikach i sluzbie nie wyobraza sobie czegos innego. Jesli nie musze. Nie robie. Wygodne. Bezstresowe.
    A co do braku swiadomosci. Polecam podjechac na pierwsza lepsza polska wioske i spytac w sklepie ktora woda mineralna ma wiecec kationow. Umowmy sie. Ignorancja jesf wszedzie. Glupota jest wszedzie. Moze warto poszykac tych swiadomych brytyjczyjow od ktorych mozna nauczyc sie kultury, flegmy, usmiechu i nie interesowania sie sprawami innych dopoki nas to nie.dotyczy. Polacy maja jedna wazna przyware ktora moglaby byc punktem 8 w tym zestawieniu. Bardziej interesujemy sie zyciem obcych i ocenianiem ich wyborow niz wlasnym. Gdyby autorka postanowila po prostu wzruszyc ramionami i powiedziec sobie brytyjskie „whatever”, ten artykul by nie powstal.

  • Reply Kasia Kwiecień 15, 2017 at 4:38 pm

    Panie Kamilu, dziękuję za komentarz, choć nie do końca się z nim zgodzę. Pracownikami sezonowymi nie jesteśmy, ani turystami, co zresztą podkreśliliśmy na samym początku. Co do pierożków – brzmią przepysznie i zapewniam, że gdybym tylko miała okazję, to byłabym pierwszą osobą, która by złapała za widelec 😉 Tu chodziło mi raczej o brak chęci próbowania czegoś nowego / innego niż brytyjskie. Znam również wielu Polaków, którzy negują wszystko co nie jest schabowym, i nigdy nie twierdziłam, że to jest słuszne. Tu natomiast skupiłam się na Anglikach. bo takie stereotypy o nich krążą i moim zdaniem w tym przypadku się potwierdzają.

    Co się tyczy lenistwa, to oczywiście, chcą, mogą i niech sobie leniuchują, natomiast to, że wywodzi się to w jakikolwiek sposób z ich kultury czy też przyzwyczajeń nie oznacza, że musi mi się to podobać i zyskiwać akceptację, tylko dlatego, zę „tak było, tak jest i tak będzie”. Zauważ, że nie mówię, jaki model pracowania / życia jest jedynym słusznym (bo moim), mówię jedynie, że tej cechy nie lubię i męczy mnie na dłuższą metę.

    Jeśli chodzi o świadomość, pisałam o podstawach typu „energetyki nie są zdrowe bez względu na to czy są z cukrem czy bez” , jak również świadomosć, że od samego chodzenia raz dziennie na drugie piętro nie schudniemy. To wie każdy rolnik na polskiej wsi. Powyższe przykłady pochodzą z Bristolu i Southampton, czyli miast w którym mieszkaliśmy/mieszakmy obecnie, czyli wcale nie z jakiejś prowincji, gdzie na noc zwijają asfalt.

    Jeszcze tylko szybciutko odniosę się do ignorancji i głupoty – w takim razie widocznie miałam szczęście do ludzi w Polsce, bo zawsze byłam otoczona ludźmi z pasją, zaiteresowaniami i ciekawością świata. Nigdzie indziej nie spotkałam się z takim natężeniem ignoracji niż w Anglii, no ale może miałam pecha, kto wie. Ale na czym, jeśli nie na własnych doświadczeniach budujemy sobie zdania na różne tematy?

    Ależ ja nigdzie nie napisałam, że w jakiś sposób opisane powyżej rzeczy przeszkadzają mi tu żyć 🙂 A to chyba jest normalne, że człowiek ciekawy świata, przeprowadzajacy się do innego kraju, świadomie czy też nie, porównuje obie nacje/kraje/zwyczaje itp. Mamy ten luksus, że możemy sobie wybrać to, co nam odpowiada i nauczyć się kilku rzeczy od Anglików – pisaliśmy na przykład o tym w poście ROK NA EMIGRACJI W DZIESIĘCIU PUNKTACH. A są rzeczy, które się nie podobają i których zaadoptować nie chcemy. Dlatego właśnie wzruszamy ramionami, mówimy to przytoczone już „whatever” i dalej jemy to, co nam się podoba, podróżujemy tak, jak nam się podoba i prowadzimy tryb życia, taki jak nam odpowiada. Nikogo nie oceniamy, każdy żyje, jak chce. Natomiast uważam, że dużo łatwiej jest zbudować tryb życia nas satysfakconujący poprzez właśnie porówywanie różnych cech i czerpanie tego co dla nas najlepsze. Przez ponad pół roku mieszkaliśmy z Hiszpanami i wiele się od nich nauczyliśmy, ale również nie wszystko z ich stylu życia nm odpowiadało. Wydaje mi się, że na tym polega rozwój.

  • Reply Anna Kwiecień 15, 2017 at 6:47 pm

    Dziwię się dlaczego jeszcze tu jesteś!!!!

    • Reply Kasia Kwiecień 15, 2017 at 7:12 pm

      Ponieważ, jak pisałam w komentarzu powyżej, są to rzeczy, które mnie wkurzają, ale nie uniemożlwiają życia tutaj 🙂 Nie ma idealnego miejsca, chyba nie ma się co do tego oszukiwać. A zatem czemu od czasu do czasu nie przerwać tej idealizacji życia za granicą i nie pokazać drugiej strony medalu?

  • Reply Aga Kwiecień 15, 2017 at 7:54 pm

    Być może to kwestia wielokulturowości Londynu, ale z pierwszym problemem się nie zderzylam 🙂 raczej zawsze jestem mile zdziwiona! W sumie zgadzam się z problemem mieszkaniowymi i niewydolnością nhs.

    • Reply Kasia Kwiecień 15, 2017 at 8:22 pm

      Oj, tak, miejsce zdecydowanie ma znaczenie! Kiedy mieszkaliśmy w Bristolu pod tym wględem było zdecydwanie lepiej!! Było nie było Southampton jest o wiele mniejszym i mniej wielokulturowym miastem…! A Londyn uwielbiamy! Ale na weekend, raczej nigdy tam nie zamieszkamy – ceny nas przerażają.. 🙂

  • Reply Fizol Kwiecień 15, 2017 at 10:54 pm

    Dobre dobre 😁 podobało mi się bardzo

  • Leave a Reply