Podróże, Ukraina

Na dachach i w podziemiach Lwowa

Marzec 19, 2017

A gdyby tak poznać Lwów z innej, niecodziennej perspektywy? Zajrzeć w najciemniejsze kąty, niewidoczne dla zwykłego przechodnia? A może stać się częścią tych kątów, założyć czapkę-niewidkę i nasłuchiwać kroków ludzi, nieświadomych naszej bliskiej obecności? Tak właśnie zwiedzaliśmy Lwów – oglądliśmy go z perspektywy dachów i eksplorowaliśmy jego podziemia.

Jeśli chcecie zejść z utartych ścieżek zwykłego turysty oraz posłuchać fascynujących historii i legend związanych ze Lwowem, koniecznie odwiedźcie biuro Kumpel Tour, znajdujące się na głównym rynku.  My skorzystaliśmy tylko z dwóch oferowanych wycieczek, ale jest ich znacznie więcej. Jest tak jak lubimy, czyli tanio, rzetelnie i w małych grupach.

Pierwszego dnia oprowadzała nas pani Irena Baczyńska. Kobieta pełna pasji i miłości do tego miasta, charyzmatyczna Lwowianka z ogromnym, zaraźliwym uśmiechem na twarzy. Zabrała nas na wycieczkę po lwowskich dachach, opowiadając przy okazji wiele ciekawych legend i nieznanych nam dotąd faktów na temat tego miasta. Odwiedziliśmy kilka dachów w różnych lokalizacjach, kosztowaliśmy pysznych, ręcznie robionych trufli i wysyłaliśmy nasze balonowe marzenia w niebo.

Widoki były przepiękne, ale nie robiłam zbyt wielu zdjęć. Wolałam słuchać naszej pani przewodnik, bo opowiadała tak ciekawie i z takim zaangażowaniem, że rozbudzała głód wiedzy.

Jest na starówce lwowskiej pewna kamienica, nazywana Czarną. Mieszkał w niej alchemik, który tak był pochłoniety swoją pracą, że opary wydobywające się ze wszystkich okien i drzwi zasmoliły mu całą kamienicę. Stąd jej nazwa. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego budynek ma czarny kolor. Jedna z teorii mówi, że budulec, jakiego użyto przy jej stawianiu poczerniał. Drugą opcją jest to, że został po prostu pomalowany. Żadna z nich nie jest do końca potwierdzona. Na dodatek konserwatorzy mają niezły orzech do zgryzienia, bo przy całej dzisiejszej wiedzy i technice nie mogą odtworzyć tego odcienia. A gdzie leży prawda? Pewnie jak zywkle – gdzieś pomiędzy legendą a nauką.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do lwowskich podziemi. Tym razem była to wycieczka w języku ukraińskim, bo tylko taka była dostępna w dogodnym dla nas terminie. Jako że znam rosyjski i polski nie miałam większych problemów ze zrozumieniem Edwarda Blinowskiego, który był naszym przewodnikiem. A co było trzeba, to przetłumaczyłam Piotrkowi i było O.K.

Było ciekawie, niestandardowo, zróżnicowanie i odrobinę mrocznie. Odwiedziliśmy podziemia teatru, najstarszej apteki, gdzie mieliśmy szansę zobaczyć najprawdziwszą pracownię alchemiczną, zeszliśmy do kopalni kawy w samym sercu Lwowa, a w kościelnych katakumbach odnaleźliśmy polskie inskrypcje.

Niestety, jak to w podziemiach – światło nie rozpieszcza, dlatego nie mamy zbyt wielu zdjęć. Nie ma rady – żeby to zobaczyć, musicie jechać sami.

Słyszałam, że po wizycie w kopalni kawy wiele osób jest przekonananych, że wydobywa się ją spod ziemi! Winowajcą całego zamieszania jest niejaki Jurek Kulczycki, który rozpoczął swoją kawową przygodę w  1652 roku. W czasie wolnym od studiów pomagał lwowskim alchemikom. Wśród materiału badawczego zdarzała się kawa, wówczas jeszcze nieznana i traktowana jako odpady.

Pewnego dnia Jurko zagotował kawę i rozesłał próbki po Lwowie. No i się zaczęło. Boski płyn wywołał furorę, chociaż nie brakowało też słów krytyki. Na szczęście burmistrzomi napój posmakował, Jurko dostał patent na parzenie kawy i rozpoczęto wydobycie ziaren w podziemiach Lwowa. Okazuje się, że pierwsza wojna turecko-lwowska była nie o tereny, a o kawę, którą Turcy bardzo się zainteresowali…

No dobra, przecież każdy głupi wie, że kawę się uprawia, a nie wydobywa. A jednak otoczka marketingowa wokół kopalni kawy i nieprawdopodobne historie opowiadane przez pracowników tejże, robią niektórym niezłą wodę z mózgu. Jaka zatem była prawda?

Faktycznie, kawowym winowajcą był Jerzy Kulczycki, który przywiózł „kilka” worków kawy po tym, jak podczas oblężenia Wiednia, walcząc u boku Jana III Sobieskiego wkradł się za mury i aktywnie pomagał w planowaniu zdobycia miasta. W nagrodę mógł wybrać sobie dowolną rzecz z obozu wroga. Zabrał 300 worków kawy, których nikt nawet nie chciał zaszczycić spojrzeniem, bo wszyscy byli przekonani, że to karma dla wielbłądów.  On jednak wiedział co robi, bo po latach spędzonyh w Turcji zdążył już poznać tajniki parzenia i picia kawy. Otworzył zatem pierwszą w Wiednu, i jedną z pierwszych w Europie, kawiarnię. Z początku przychodzili do niej nieliczni, ale kiedy zaczął parzyć kawę z cukrem, ich dusze były w jego posiadaniu. Nie na darmo księża przestrzegali przed piciem kawy, która miała być diabelskim trunkiem.

Nie ma dowodów na to, że Kulczycki dotarł z kawą do Lwowa. Ale właściciele kawiarni zbudowali wokół tej postaci i parzenia kawy własną legendę, popierając ją kopalnią, w której kawa wędruje z podziemi na wyciągach autorskiego projektu, jest na miejscu palona i parzona. Nie ma to jak dobry marketing i konsekwencja w działaniu.

 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply