Czarnogóra, Podróże

JAK NIE CHODZIĆ PO GÓRACH – Spowiedź loosera

30 sierpnia, 2016

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię wizualizować sobie swój własny triumf. Lubię wyobrażać sobie, że jestem członkiem zespołu “Kotów” i ze sceny kłaniam się klaszczącej na stojąco publiczności. Lubię wyobrażać sobie, że umiem śpiewać i przy jakiejś okazji chwytam za mikrofon i daję popis wokalny, którego nikt się nie spodziewał. Ta wizja kończy się zwykle w momencie, kiedy poniesiona własnymi myślami naprawdę zaczynam śpiewać i psy w sądziedztwie zaczynają wyć przeciągle i rozpaczliwie. Lubię też wyobrażać sobie, że stoję na szczycie góry, gdzie wdrapałam się w pocie czoła i paleniu mięśni. Stoję noga w nogę z drewnianym słupkiem wetkniętym w sam czubek góry i trzymając się pod boki patrzę na to całe piękno natury ścielące się u moich stóp. Biorę głęboki wdech, chcąc wpuścić jak najwięcej krystalicznego, ożeźwiającego powietrza do płuc i …. NIC. Jestem looserem.

W planach mieliśmy zdobycie dwóch szczytów: Bobotov Kuk w Durmitorze i Kom Kučki w górach Komovi. Nic szczególnego, raptem dwuipółtysięczniki. Na początek jak znalazł. Przed wyjazdem czytałam wiele relacji zwykłych śmiertelników, bez większego doświadczenia niż moje, jak to fajnie przebiegała wspinaczka i jak dostępne okazały się szczyty. Inni weszli, a ja nie wejdę? A co ja, baba jakaś jestem?! No pewnie, że wlezę! I z takim mocnym postanowieniem pojechałam do Czarnogóry.
Zanim napiszę Wam, jak nie zdobywać szczytów, muszę się do czegoś przyznać. Boję się wysokości. Od dziecka tam, gdzie dzieci skakały, przeskakiwały, wdrapywały się i spadały na cztery łapy, ja siedziałam w kącie i płakałam ze strachu. Wszelkiego rodzaju wieże obserwacyjne są dla mnie przegrane, jeśli są zrobione z drewna, a nie metalu. Nie wejdę i koniec. Zawroty głowy jestem w stanie opanować, ale strach jest nie do przezwyciężenia. Na moje nieszczęście wiele rzeczy, które mnie jarają są nieodłącznie związane z wysokościami: skok ze spadochronem, skok na bungee, kanioning, paralotniarstwo, wolne spadanie… Dlatego od lat ignoruję mój strach i pcham się tam, gdzie nie powinnam.

Jak widać daję zwierzętom wejść sobie na głowę.
Na pierwszy ogień poleciał Bobotov Kuk. Od samego rana prześladował mnie pech. W dzienniku z wyprawy zanotowałam: “Bilans na dziś: rozwalone buty, podrapane przedramię, rozwalona bateria, wypalona czołówka, ukąszona przez bąka dupa i zjazd na ukąszonej po górskim ośnieżonym stoku. Atak paniki i nieudany obiad”. Po wielogodzinnym trekkingu z plecakiem na plecach stanęliśmy wreszcie u szczytu. Jeszcze tylko kilkaset metrów w górę i będziemy na samej górze! Stok był wciąż ośnieżony, co nas zaskoczyło, bo żadna z czytanych wcześniej relacji nie wspominała o śniegu. No ale skoro doszliśmy tak daleko, zaczęliśmy się wspinać – od skałki do skałki, ześlizgując się lekko ze stoku parłam naprzód.

“Eee, jeszcze wytrzymają ze dwie wyprawy!”

Nie patrząc w dół cisnęłam ile fabryka dała po śliskej nawierzchni, nie rozumiejąc, czemu Piotrek przeskoczył ten fragment jak kozica, a ja lezę na czworaka, ze zdrętwiałymi od zimna, czerwonymi jak nos pijaka dłońmi… W końcu spojrzałam w górę i… powiedziałam, że dalej nie idę. Robiło się coraz bardziej stromo, moje buty ślizgały się coraz częściej. Wiedziałam, że nie wejdę na szczyt tą trasą. Zaczęliśmy schodzić. Piotrek bez trudu pokonywał kolejne odcinki, a ja dopiero teraz poczułam, w jakiej patowej sytuacji się znalazłam. W pewnym momencie śniegowa półka, którą usypałam sobie chwilę wcześniej zarwała się, a ja zaczęłam zjeżdżać w dół. Udało mi się bezpiecznie wylądować w ramionach Piotrka. Tutaj przyznaję się bez bicia, że wpadłam w panikę. Nie należę do osób, które panikują, nawet kiedy prowadzę auto potrafię zachować zimną krew w niebezpiecznych sytuacjach. A tutaj miałam do czynienia z klasycznym atakiem paniki. Piotrek chyba wtedy utwierdził się w przekonaniu, że nigdy nie przestanę go zaskakiwać. Na szczęście bardzo szybko wzięłam się w garść. Przecież musiałam zejść, nikt nie zrobi tego za mnie. Zaczęłam od zrzucenia na dół plecaka, który mi ciążył. Następnie zaliczyłam kolejny zjazd, tym razem na wspomnianej już dupie. Zjeżdzałam w stronę, na której ewidentnie zdarłabym sobie skórę z pośladów, więc starałam się kierować nogami w stronę Piotrka. Wykierowałam. Potem poszło już z (nomen omen) górki.

W rzeczywistości było wyżej, zimniej i straszniej.
Zgadnijcie, co zrobiłam za dwa dni. Poszłam wdrapywać się na kolejny szczyt, oczywiście. Kom Kučki, nadchodzę! Tym razem wyruszyliśmy z bazy we czwórkę: my i dwa psy waściciela miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Cała droga przebiegała genialnie. Kilka wąskich fragmentów, trochę podciągania się i przeciskania pomiedzy skałami. W pewnym momencie zaczęło robić się już za stromo na plecaki i musieliśmy je zostawić. Większy z psów nie był w stanie pokonać znacznego przewężenia i został pilnować naszych bagaży. Nasza nieustraszona trójka ruszyła dalej. Tego dnia zaczęłam doceniać treningi Chodakowskiej. Nogi niosły mnie choćby i na koniec świata, biceps dawał stabilne oparcie. Mimo to w pewnym momencie powiedziałam: DALEJ NIET! Niecałe 10 minut od szczytu! Bałam się, że dostanę ataku paniki, jak ostatnim razem. A przede mną był fragment wymagający stalowych nerwów – wąskie przejście, po prawej przepaść, po lewej przepaść. A znajdowaliśmy się już dobrze ponad 2400 m. Zdecydowałam, że poczekam na Piotrka. Siadłam na półce skalnej i zostałam sam na sam z moim looserstwem. Nawet pies doszedł dalej niż ja i choć nie zdobył szczytu (brak przeciwstawnego kciuka) to doszedł jakieś 50 metrów dalej niż ja. To się nazywa przegrana!

 

Czary goryczy dopełniła droga powrotna. Głównym powodem, dla którego zrezygnowałam z dalszej wspinaczki był mój strach przed zejściem. Wejść to bym weszła, ale zejście tym wąskim fragmentem mnie przerażało. Jak się potem okazało niepotrzebnie, bo najgorszy odcinek już pokonałam i teraz muszę wrócić tą samą drogą. Zrozumiałam wtedy, że oddech naprawdę przyśpiesza znacząco, kiedy bardzo się boimy. Do tej pory myślałam, że to sapanie to wymysł filmowców. Po zejściu czułam się przegrana, że nie zdobyłam szczytu, który był tak blisko… A jednocześnie czułam satysfakcję, że pomimo mojego lęku wysokości weszłam i zeszłam bez szwanku. Podjęłam decyzję, że następnym razem nie odpuszczę. Nawet jeśli miałabym pół godziny siedzeć na półce skalnej i dojrzewać do zrobienia kolejnego kroku.
Okazja będzie niebawem, bo jutro jedziemy na Ukrainę.
Kim jesteś? JESTEŚ ZDOBYWCĄ!!!
Kasia

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply