Gruzja, Podróże

Krowia wątroba – najpiękniejsze smaki Gruzji

15 czerwca, 2016


Znacie to uczucie? Jakiś smak albo zapach przypomina wam o czymś miłym – jakieś wspomnienie z dzieciństwa,pierwsza miłość, albo Boże Narodzenie spędzone w gronie najbliższych. Ja tak mam z wątróbką. Jej smak, zapach, albo po prostu widok, kojarzą mi się z wakacjami i przywołują najlmilsze wspomnienia.   

Początki w Gruzji nie były kolorowe. Wylądowaliśmy koło trzeciej nad ranem. Po czterogodzinnym locie, plus drugie tyle podróży do Warszawy. Byliśmy zmęczeni i zdezorientowani.. Nie mieliśmy zarezerwowanego hotelu ani transportu z lotniska. Miało być spontanicznie… no i było. Do najbliższego autobusu trzeba czekać trzy godziny, taksówki za drogie. Zdecydowaliśmy się ulec namowom dwóch kolesi, którzy zaoferowali nam zawiezienie swoim rozklekotanym BMW (bez przedniego zderzaka, ale za połowę ceny taksówki) do miasta i to w dodatku do taniego hostelu.

Nasza limuzyna. Auta bez zderzaków i z “bebechami” na wierzchu to w Gruzji standard.

 

Tbilisi nie sprawiło na mnie dobrego wrażenia. Dość brudne, głośne i chaotyczne miasto. Nieznośny, czterdziestostopniowy upał jest jeszcze bardziej nieznośny w dużym mieście. Ewakuowaliśmy się stamtąd już kilkanaście godzin po przylocie do Gruzji. Zrobiliśmy to przy pomocy naszych natrętnych „przewodników”. Wywieźli nas stamtąd tą samą zdezelowaną limuzyną, pokazując przy okazji kawałek miasta. Młodzi Gruzini tak bardzo się do nas przywiązali, że byli gotowi wieźć nas na drugi koniec kraju. Mieliśmy podróżować na własną rękę i jak najtaniej, a znaleźliśmy prywatnych szoferów. W końcu się ich pozbyliśmy. Podczas pozostałych trzynastu dni podrożowania po Gruzji, na transport wydaliśmy mniej niż podczas pierwszej doby.

Naszym następnym przystankiem była Mccheta, dawna stolica i kolebka gruzińskiej państwowości. Ma wartość głównie historyczną, bo właściwie nie ma tam co robić, poza odwiedzeniem kilku zabytków. Miasteczko było jednak dużo przyjemniejsze niż wielkie Tbilisi. Spytaliśmy miejscowych gdzie najlepiej rozbić namiot. Wskazali nam kierunek. Poszliśmy w stronę łąki nad rzeką, gdzie mieliśmy szukać starszego jegomościa, który za symboliczną opłatę udostępnia „pole namiotowe”. Gospodarz (nazwijmy go Starym), okazał się bardzo sympatycznym panem koło sześćdziesiątki. Chyba nie miał za wiele do roboty oprócz wylegiwania się całymi dniami w cieniu. Jego włości to dość spory, nieogrodzony teren nad rzeką. Mieścił się tam kamienny, półkolisty, ponoć ponad tysiącletni budynek, obecnie pełniący rolę… szopy i składziku na różne graty.

 

Rozbiliśmy namiot pod jednym z niewielkich, powykręcanych drzew. Byliśmy tu jedynymi turystami. Stary stwierdził, że jesteśmy jego gośćmi. Poczuł się w obowiązku się nami zająć i zaproponował, że oprowadzi nas po miasteczku. Niechcący znaleźliśmy lokalnego przewodnika. Miasteczko wieczorem zdecydowanie zyskiwało. Na ulicach zrobiło się gwarno, a podświetlone budynki sprawiały dużo lepsze wrażenie. Stary opowiadał o mieście i pokazywał nam najciekawsze zaułki. Czasem mnie o coś pytał, ale moja mierna znajomość rosyjskiego niestety nie pozwalała na jakieś dłuższe rozważania. Na świetnie mówiącą w tym języku Kasię spadł ciężar prowadzenia rozmowy. Działo się tak zresztą przez większość dwutygodniowej podróży po Gruzji. Z rozumieniem nie jest u mnie źle, gorzej,
jeśli trzeba coś powiedzieć.

 

Powoli wracaliśmy na „pole namiotowe”. Stary oznajmił, że dziś jest impreza, przyjeżdża kilku znajomych z Tbilisi. Jesteśmy zaproszeni. Przed wyjazdem do Gruzji sporo czytałem o suprze, czyli tradycyjnej gruzińskiej uczcie. Jest to niezwykle ważny element gruzińskiej kultury. Bardzo chciałem w tym uczestniczyć. No i jest okazja. Może nie będzie to prawdziwa supra, tylko jej namiastka pod chmurką i przy starym drewnianym stole. Ale jedna k. W drodze powrotnej musieliśmy kupić jeszcze kilka rzeczy – jakieś jedzenie na ognisko i, oczywiście, domowej roboty czaczę, czyli bardzo mocny trunek produkowany z winogron. Stary oznajmił, że nie musimy mu płacić za pole namiotowe. Wystarczy, że kupimy melony na zagrychę i paczkę fajek dla niego.
Zatrzymaliśmy się przy blaszanej budzie, która okazała się być siedzibą lokalnego rzeźnika. Rzuciłem okiem do środka. Pracownikowi sanepidu nie starczyłoby formularzy do wypisywania uchybień. Jedna duża lodówka z walającymi się bez żadnego porządku różnymi mięsami i podrobami. Drewniany, brudny blat. Kilka tasaków. Siekiera wbita w drewniany pieniek. Słabe światło. W półmroku za ladą spocony gruby Pan Rzeźnik z wąsem i w brudnym fartuchu. Wyglądał jak żywcem wyjęty z jakiegoś horroru, np. „Rzeźnik powraca”. Albo jak kat. Stary powiedział coś do niego po gruzińsku. Mistrz małodobry skinął głową. Bez słowa wyjął z lodówki olbrzymi kawał wołowej wątroby. Odmierzył tasakiem solidną porcję.


– Tyle?
– Więcej.
– Tyle?
– O, teraz może być.
Ciach. Tasak uderzył o drewniany blat.


Ktoś powiedział “wątróbka”?

 

Wróciliśmy na nasze pole. Było ciemno, ale ognisko już się paliło. Nad ogniem skwierczały i pachniały jakieś szaszłyki. Goście z Tbilisi przybyli jakiś czas temu. Okazało się, że to trzech facetów koło trzydziestki. Przywitaliśmy się i zaczęliśmy przełamywać lody. Na szczęście dwóch młodszych Gruzinów mówiło dobrze po angielsku. W końcu i ja będę mógł gębę na dłużej otworzyć, a nie tylko wtrącać półsłówka. Szybko złapaliśmy wspólny język. W ruch poszła czacza i browary. Stary gospodarz narzucał solidne tempo. Było wesoło. Na stół wjechały szaszłyki. Zaczęły się pierwsze toasty. Za ojczyznę, mamę, babcię itd. Też musieliśmy wykazywać się kreatywnością. Czacza lała się strumieniami. Stary wrzucił na ruszt pociętą na kawałki krowią wątrobę. Zaczęły się śpiewy. Najpierw Gruzini zaczęli swoje pieśni. Zwłaszcza jeden z nich miał niesamowicie przejmujący głos. Aż ciarki przechodziły. Gruzińskie pieśni na żywo są wspaniałe, nigdy nie słyszałem niczego podobnego. Po jakimś czasie przyszła kolej na przybyszów z Polski. Mieliśmy coś zaśpiewać. Na początku byłem trochę  zażenowany, bo śpiewać to ja nie umiem. W dodatku przed nami kolega Gruzin dał taki popis wokalny, że nawet sir Elton John by tu niewiele zdziałał. Na szczęście Kasia trochę ratowała sytuację, a czacza też dodawała skrzydeł. Raz, dwa, trzy – „PRZYBYLI UŁANI POD OKIENKOOOOO…”



Byliśmy tak zajęci i podekscytowani wspólnymi opowieściami i piciem, że zapomnieliśmy dokładać drewna do ogniska. Ja natomiast zapomniałem, że nie znam rosyjskiego i gadka szła mi coraz lepiej. Ognisko przygasało, a wątróbka wciąż tam była. Stary stwierdził, że jest już dobra i że trzeba ją zjeść. Nie jestem wybredny, jeśli chodzi o jedzenie. Skuszę się nawet na szczura, niech tylko będzie dobrze doprawiony. Kasia też do mięczaków nie należy. Ma na koncie kilka dziwadeł. Ale to… ta wątroba była na wpół surowa. Wziąłem pierwszego kęsa i miałem posmak krwi w ustach. Patrzę na żonę – przerażona po spróbowaniu tego smakołyka. Jak wybrnąć? Zostaliśmy tak niesamowicie ugoszczeni, nie chcieliśmy sprawiać przykrości gospodarzowi. Tym bardziej, że wyglądał na takiego, któremu ta wątróbka bardzo smakuje. Wziąłem głęboki oddech. Następnie solidny łyk pięćdzięsięcioprocentowej czaczy. Hojnie posoliłem swój kawałek i grubo nakroiłem świeżej cebuli. Z cebulą wszystko przejdzie. Do dzieła. Kasia znalazła inny sposób. Schowała wątróbkę do rękawa bluzy. Stała tak chyba z pół godziny, zanim poszła „do toalety”. Ja swoją porcję zjadłem.

A tam nie gotowa! Om nom nom nom!!


Dziwna sprawa. Jestem osobą raczej nieufną. Nie jest mi łatwo nawiązywać nowe przyjaźnie. Bywam zamknięty w sobie, ale jestem też otwarty na ludzi (inaczej pewnie bym nie podróżował). To, co się stało w tamtą gorącą noc, w blasku ogniska i przy skleconym byle jak stole, było czymś niecodziennym. Nazwij to jak chcesz – braterstwem, jednością, wzajemnym zrozumieniem. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że alkohol był tu ważnym czynnikiem. Ale to nie to. Poczułem więź z zupełnie obcymi ludźmi, z zupełnie innej bajki. Czułem też, że oni odbierają to podobnie. Na co dzień dzieliły nas tysiące kilometrów, różnice językowe, kulturowe i społeczne, ale w tamtym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Byliśmy tacy sami. Czy nie jest to jednym z głównym powodów, dlaczego podróżowanie jest tak wspaniałe?


 Zdaje się, że wyglądam bardziej gruzińsko niż niektórzy Gruzini… PS. Już nie jestem takim pulpetem.



Mimo, że następnego ranka obudziłem się na niezłym kacu, wiedziałem, że nigdy tej nocy nie zapomnę. O poranku upał nie pozwalał spać zbyt długo) złożyliśmy namiot, pożegnaliśmy się serdecznie ze Starym, który poległ na kanapie w antycznej szopie i ruszyliśmy w dalszą drogę, ku górom Kaukazu. Tym razem autostopem. Podczas  podróży spotkało nas jeszcze wiele przygód i poznaliśmy masę ciekawych ludzi, ale ta noc w Mcchecie była wyjątkowa i pozostanie w moim (i Kasiowym też) sercu na zawsze. Nawet teraz, kiedy przypomnę sobie posmak niedopieczonej, krwistej wątroby, uśmiecham się do siebie.

 

Piotr

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply