Pogaduchy

Jak dostać awans w Anglii?

24 kwietnia, 2016
Dobrze nie być na samym dole…
źródło: demotywatory.pl



Po roku odwalania czarnej roboty i pracy na najniższych stanowiskach spotkał mnie awans. Tak, jestem teraz w kadrze menedżerskiej. Jak to się stało, że zamieniłem zwykłą koszulkę polo na elegancką koszulę i krawat? Co się w moim życiu dzięki temu zmieniło?

 
Pomimo awansu, nie uważam, że jest tu się zbytnio czym chwalić czy ekscytować. Nie jest i nie będzie to praca moich marzeń. Nie spełniam żadnych swoich zawodowych ambicji. Jest to wciąż tylko i wyłącznie sposób zarobkowania. Miło mi natomiast, że zostałem doceniony. Mam możliwość uczyć się nowych rzeczy, rozwijać nowe umiejętności i zdobywać doświadczenie. Może kiedyś się przyda. Miło mi, zwłaszcza mając w pamięci naprawdę trudne początki w Anglii.
Co trzeba zrobić, żeby wskoczyć szczebel wyżej?
„Umić” język
 
Nadal mam sporo do nauki, jeśli chodzi o język angielski. Wciąż mam trochę kompleks obcokrajowca, czasem czuję się jak uczeń gimnazjum, którego wrzucili do klasy maturalnej. Nie zawsze potrafię wyrazić dokładnie to, co bym chciał i w jaki sposób bym chciał. Czasami wydaje mi się, że nigdy nie opanuję tego języka perfekcyjnie. A może po prostu jestem wobec siebie zbyt krytyczny? W każdym razie, porozumiewam się na tyle płynnie i dobrze, że ten awans był możliwy. Przecież zarządzam teraz ludźmi, dobra komunikacja jest tu priorytetem.
Uważam, że podjąłem świetną decyzję, nie decydując się na pracę w fabryce czy na nocnej zmianie w markecie. Nawet kosztem mniejszych zarobków. Przy pracy na produkcji języka się nie nauczysz. Staniesz w miejscu lub nawet zaliczysz regres. Dlatego moja rada do imigrantów jest taka: wyjdźcie do ludzi, nawet jeśli będzie na początku bolało.
Być pracowitym lub „pracowitym”
 
O nie, nie uważam się za osobę pracowitą. Jestem raczej leniwym skurczybykiem, a chodzenie do pracy uważam za przykrą konieczność. W domu mam raczej czysto, ale nie sprzątam z pieśnią na ustach. Przeleżeć cały dzień w łóżku z książką i słuchając muzyki? Najlepiej. Kocham takie dni. Dlaczego jestem więc w pracy uważany z osobę pracowitą? Bo udaję, że nią jestem. Jeśli ktoś mnie prosi o zrobienie tego czy tamtego, po prostu to robię (jeśli jest to możliwe). Jeśli w mój wolny dzień szef dzwoni i prosi, żebym przyszedł do pracy, bo jestem potrzebny – najczęściej się zgadzam (ale uwaga, nie za każdym razem, żeby nie przyzwyczajać szefostwa do tego, że jestem na każde zawołanie!). To tak jak z rozmową o pracę – zawsze koloryzujesz i zapewniasz, że jesteś najlepszą osobą na to stanowisko. Ba, najlepszym pracownikiem na świecie. Chociaż cholernie mi się nie chce, często udaję entuzjazm, bo wiem, że mi się to opłaci. Uwaga, truizm: nic nie przychodzi samo, sukcesy rodzą się w bólach.

 

 Robić swoje
 
W moim sklepie pracuje koło trzydziestu osób. Głównie Anglicy. Konflikty były, są i będą. Co jakiś czas słyszę o jakichś sprzeczkach, nieporozumieniach, czy wręcz małych wojenkach pomiędzy pracownikami. Plotkarstwo kwitnie na całego (o tym można by oddzielny wpis naskrobać, Anglicy to okropni plotkarze). Dotychczas nie dałem się wciągnąć w żadne intrygi czy jakieś obgadywanie kolegów. I tak ma zostać. Na ogół lubię moich kolegów z pracy, uważam, że mam bardzo dobrą ekipę. Z niektórymi dość regularnie wychodzę na piwo. Do reszty, w najgorszym razie, staram się zachować stosunek neutralny. Mam przydatną zdolność ignorowania wkurzających osobników. Myślę, że oferując mi awans, szefowie brali też pod uwagę moją niekonfliktowość i dobre traktowanie współpracowników.
Jak mój awans został przyjęty? Większość osób mi gratulowała, twierdząc, że jak najbardziej na to zasłużyłem. Po pierwszym tygodniu zarządzania dostałem nawet od dwójki kolegów butelkę smirnoffa w prezencie. Zdaję sobie jednak sprawę, że w tak dużej grupie osób zawsze znajdzie się ktoś, komu mój awans jest nie w smak. Bo ja lepszy, bardziej zasłużyłem, bo on się nie nadaje, bo Polak, imigrant itd… Zdaję sobie sprawę, że o mnie gadają, a moje poczynania są śledzone teraz z dużo większą uwagą. Myślę, że jestem na to uodporniony. Nie spędza mi to snu z powiek i nie przeszkadza skupić się na swojej pracy.
Robić dobrze
 
To, żeby wykonywać swoją pracę należycie, wyniosłem chyba z domu. Tato zawsze tępił robotę na odpierdol i chwała mu za to. To nie troska o firmę, dla której pracuję, każe mi pracować dobrze. Mam w sumie gdzieś, czy mój sklep zarobi dziesięć czy piętnaście tysięcy funtów dziennie. Nie obchodzi mnie czy klient będzie zadowolony i wróci następnym razem, czy wybierze konkurencję (tak wiem, powinno mnie to obchodzić, przecież pośrednio to on mi płaci). Raczej poczucie przyzwoitości nie pozwala mi odwalać fuszerki. Jeśli robię gównianą robotę, jest mi zwyczajnie wstyd. Tak samo było, gdy pracowałem jako urzędnik i miałem świadomości daremności dużej części mojej roboty; tak samo było, gdy przewalałem indycze gówno na mazurskiej wsi. Jeśli już coś robisz, rób to dobrze.

 

Co się zmieniło?
 
Awans najczęściej wiąże się z dodatkowymi obowiązkami, ale również z pewnymi profitami. Moim życiem nie wstrząsnęła gwałtowna rewolucja, ale pewne zmiany są.
Wypłata – lepiej, ale szału wciąż nie ma.
Obowiązki i odpowiedzialność – dużo więcej. Moim zdaniem wzrosły nieproporcjonalnie do zarobków. Mam sporo na głowie, zwłaszcza na wieczornych zmianach, kiedy jestem zostawiany jako jedyna osoba z kadry menedżerskiej. Cały ten bajzel trzeba ogarnąć.
Stres – więcej. Patrz wyżej. W pierwszych tygodniach pracy jako supervisor musiałem zmagać się m.in. z:
– brakami kadrowymi podczas mojej zmiany,
– agresywnymi/pijanymi/głupimi klientami,
– i wreszcie awarią sieci internetowej, co spowodowało ogromne problemy z płatnościami kartami płatniczymi i brakiem dostępu do wielu systemów potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania sklepu. Jednym słowem – CHAOS.
Godziny pracy – więcej. Wcześniej odwalałem swoje osiem godzini wychodziłem. Teraz to rzadkość, zwłaszcza gdy muszę zamknąć sklep i rozliczyć kasę. Przynajmniej nie czuję się robiony w balona tak jak w Polsce, kiedy za nadgodziny mi nie płacili. Klienci – mniej kontaktu. A to duży plus. Nie stoję już na pierwszej linii frontu. Mam od tego ludzi. To dobre dla mojego zdrowia psychicznego. Chyba zyskałem kilka lat życia. Minusem jest to, że raz na jakiś czas jest jakaś trudna (czasem bardzo nieprzyjemna) sytuacja, którą trzeba wyjaśnić z klientem. Kogo wtedy wołają?
Robimy szybki rachunek. Liczymy plusy dodatnie i plusy ujemne. Warto czy nie warto? Ja jestem zadowolony. Zawsze to jakaś zmiana. Kroczek naprzód. Być może kroczek na drodze donikąd, a być może ku czemuś lepszemu. Na razie idę dalej.

 

Piotr

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply