Pogaduchy

Zła kobieta

4 stycznia, 2016
Wczesny niedzielny ranek. Przychodzę do pracy. Witam się z menedżerem.
– Chodź do biura, muszę ci coś pokazać – mówi.
– OK.
– To kobieta.
– O. Naga?
– Nie. Zła kobieta. She baaad. 
– Siadaj przed komputerem i oglądaj zapis z wczorajszego monitoringu – mówi menedżer. – Mamy klientkę. Była tu kilka razy w ciągu ostatnich kilku dni. Zawsze rano, około ósmej-dziewiątej. “Zrobiła” nas już na prawie dwieście funtów. 
Oglądam. Godzina 8:46. Najpierw kamera przy wejściu do sklepu. Jest. Wchodzi. Zbliżenie na twarz. Młoda, szczupła Azjatka (są w ogóle nie szczupłe?). Nie rzuca się w oczy. Ubrana zwyczajnie – trampki, dżinsy, kurtka z kapturem. Kto by pomyślał, nie wygląda na złodziejkę. W ręku trzyma reklamówkę. Naszą firmową. Bezczelna.

Zmiana kamery. Idzie do działu “świeże”. Wygląda jak normalny klient robiący zakupy. Tyle, że zamiast do koszyka, wrzuca produkty prosto do torby. Świeży łosoś. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć sztuk (prawie pięć funtów każda). Myk do torby. Dorsz. Myk. Stek wołowy. Myk. Idzie dalej. Kilka jogurtów. Torba.

Zmiana kamery. Bierze kawę w automacie i podchodzi do piekarni. Kilka ciastek. Do torby. Chyba zakończyła “zakupy”. Koszyk wart sześćdziesiąt funtów. Idzie w kierunku kas. W sklepie jest sporo ludzi o tej porze. Korzysta z zamieszania, odbija w kierunku wyjścia i tyle ją widzieli.
– Robi tak za każdym razem – mówi menedżer. – Jesteśmy prawie pewni, że dziś też się pojawi. Tym razem się nie wymknie.
Urządzamy obławę. Ja robię przy kasach. Menedżer śledzi monitoring w biurze. Mamy też asa w rękawie. To zastępca menedżera. Incognito, ubrany w normalne ciuchy zamiast uniformu. Robi za klienta. Będzie się kręcił po sklepie i szpiegował.
Mija godzina. Zauważam ją pierwszy. Daję sygnał menedżerowi. Podbiega do mnie. Tak, to ona. Mamy ją. Ale jeszcze nie teraz. Na razie obserwujemy. Wszystko odbywa się tak samo jak wcześniej. Łososie, mięsiwa, kawa, ciastka. Jest niedziela, w sklepie nie ma zbyt wielu ludzi. Zmienia taktykę, szelma. Idzie do kas samoobsługowych. Płaci tylko za kawę. Torba pozostaje nietknięta. Pomysł genialny w swej prostocie i bezczelności. Klienci często wchodzą z jakimiś reklamówkami. Oczywiście ich nie sprawdzamy. Złodziejka wychodzi z założenia (słusznego), że jej torby również nie sprawdzimy.
“Klientka” ma jakiś problem ze zeskanowaniem kawy. Podchodzę.
– Dzień dobry, wszystko w porządku?
– Tak, dzięki. Nie mogę tego zeskanować.
– Już pomagam.
Obserwuję ją ukradkiem. Nie widać po niej zdenerwowania, choć wie, że tańczy na cieniutkim lodzie. Dobra jest. Ja też uśmiech na twarz, bo przecież nie mogę niczego podejrzewać. Gramy tę swoją komedię.
Zapłaciła za kawę i rusza w kierunku wyjścia. Jest już na progu, doganiam ją. Odwraca się.
– Przepraszam, czy masz zamiar za to zapłacić?
– Słucham?
– Czy masz zamiar za to zapłacić? – wskazuję reklamówkę. Widzę w jej oczach przerażenie i niedowierzanie.
– Ja… ale… tak, ja zapłacę.
Zza rogu wyłania się mój “ukryty” kolega.
– Trochę już na to za późno – mówi.
Za chwilę nadbiega menedżer. Prowadzimy złodziejkę na zaplecze i wzywamy policję. Trochę poczekamy. Menedżer robi małe przesłuchanie. Winowajczyni oczywiście próbuje nas zmiękczyć płaczem i prośbami.
– Jak się nazywasz?
–  坏女人.
– Skąd jesteś?
– Chiny.
– Dlaczego kradniesz?
– Bo… ja… moja karta kredytowa… bla bla bla.
– Czym się zajmujesz?
– Studiuję na uniwersytecie. 
– Co studiujesz?
– Prawo.
Nie mamy więcej pytań. Dziękujemy. Czekamy na policję.
Wszystko zakończyło się dla niej bardzo szczęśliwie. Nie pójdzie do aresztu, zobowiązała się zapłacić za wszystko. Sprawa nie zostanie skierowana do sądu, nie będzie zarzutów. Upiekło się dziewczynie. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że ona prawdopodobnie prawnikem zostanie. Uczelni nikt nie poinformuje o jej dokonaniach. Nie wyrzucą jej, spokojnie sobie swoje studia ukończy. Będzie się cieszyć nieposzlakowaną opinią. Moralna nieskazitelność to przecież konieczność w tym zawodzie. Prawo i sprawiedliwość. Takie czasy.

 

_________________________________________________________________________________
Dwa tygodnie później. Przychodzę do pracy i rozmawiam z koleżanką.
– Słyszałeś o J.? – pyta mnie.
– Nie. Co się stało?
– Aresztowali ją wczoraj wieczorem. Tutaj w sklepie. Za kradzieże.
– O kurwa.J. to kobieta z naszego sklepu. Kadra zarządzająca. Menedżerka. Osoba trzecia albo czwarta w sklepowej hierarchii pracowników. Jeden z najdłuższych stażów pracy w tym sklepie. Szok i konsternacja. Albo lepiej stare dobre what the fuck?!

Okazało sie, że od dłuższego już czasu brała produkty ze sklepu, nie płacąc za nie. Zawsze pracowała wieczorami i zamykała sklep, więc nikt jej nie kontrolował. W końcu jednak wpadła. Menedżerowie mieli ją na oku już od kilku tygodni. Zebrali jeszcze trochę dowodów i w końcu jednego wieczora wezwali policję. Bye bye.

Sprawa jest jeszcze bardzo świeża i nie wiem jak się to wszystko skończy. Szczegółów nie znam. Jedno jest pewne – J. już do naszego sklepu nie wróci. Nie sądzę, żeby ktokolwiek za nią tęsknił. Włącznie ze mną. Wśród pracowników panuje raczej zgodna opinia. Była suką. Tak, była nielubianą suką, ale nikt nie podejrzewał jej o taką nieuczciwość. O ironio, ona była przecież osobą, która najbardziej “tępiła” złodziei w naszym sklepie. Zawsze czujna i bez litości. Dzwoniła po policję nawet wtedy, gdy ktoś próbował ukraść ciastko za siedemdziesiąt pensów.

Powoli przestaję się dziwić. Coś mi podpowiada, że takich sytuacji będzie coraz więcej. Kradnący studenci, kradnący menedżerowie. Kradnący z prawa i kradnący z lewa. Takie czasy.

Piotr

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply