Emigracja

Rok na emigracji w dziesięciu punktach

Październik 1, 2015

Tak, Watsonie. Twój nieprzeciętnie bystry umysł wykonał kawał dobrej, błyskawicznej roboty. Pięć słów tytułu i niepoważny obrazek mogą oznaczać tylko jedno. Jesteśmy tu już rok.

Wiemy, że to nic nadzwyczajnego – dziwić się, jak szybko ten czas zleciał. Stare, dobre przemijanie. Dzieci rosną, a my nadal piękni i młodzi… Ale wierzcie nam, naprawdę nie zauważyliśmy, kiedy ten rok minął. Niemalże wczoraj wsiadaliśmy do naszej złotej strzały firmy Renault i wciąż jeszcze ogorzali po podróży poślubnej w Gruzji wnosiliśmy kartony no nowego pokoju. Aż tu nagle budzimy się dzisiaj i dociera do nas, że ktoś przełączył pstryczek-elektryczek. Pstryk! I rok!
Podczas naszej ostatniej wizyty w Polsce wiele osób pytało, czy żałujemy naszej decyzji i czy planujemy powrót. Co prawda na pierwsze pytanie nie umiemy jeszcze odpowiedzieć, bo uważamy, że minęło zbyt mało czasu. Jeśli zaś chodzi o powrót, to zgodnie twierdzimy, że na dzień dzisiejszy wracać nie chcemy. Dlaczego? Oto najważniejsze powody:
1. Pogłębienie relacji między nami. Zawsze byliśmy blisko, nawet zanim zaczęliśmy się spotykać. W Polsce oczywiście też były momenty przełomowe dla naszego związku, które zacieśniały więzy. Tu jednak jesteśmy sami ze sobą. I dla siebie, przede wszystkim. To my jesteśmy osobami, na których wiemy, że możemy polegać w dzień i w nocy. Jedynymi w całym mieście. Jedynymi w całym kraju.
2. Zacieśnienie kręgu prawdziwych przyjaciół. Wyjeżdżając z Polski nie mieliśmy wielkiego grona przyjaciół. Znajomych, kolegów, kumpli – owszem. Ale zanim nazwiemy kogoś przyjacielem, musi wiele wody w Wiśle upłynąć. Wydawało nam się, że grono, które stworzyliśmy przez te siedem lat jest już gronem ostatecznym. Wyszło inaczej i dziś przyjaciół mamy jeszcze mniej. Ale nie jest nam z tym źle. Wręcz przeciwnie. Bo wiemy, że ci, którzy zostali, są prawdziwymi przyjaciółmi, dla których gotowi jesteśmy wziąć wolne z pracy i przylecieć tak szybko, jak się da, jeśli zajdzie taka potrzeba. A do pozostałych zostaje sentyment. Jak do pierwszej miłości.
3. Powinni postawić pomnik polskiej kiełbasie. Doceniliśmy jakość polskiego mięsa, warzyw i owoców, która jest nieporównywalnie lepsza niż tutaj. Znalezienie wątróbki czy żołądków drobiowych, które nie są halal (a tym samym bardzo drogie) graniczy z cudem. Poza tym nie bardzo chcemy przykładać rękę do instytucji uboju rytualnego. W sklepach wszędzie tylko szynka gotowana. Albo wędzona, która i tak smakuje jak gotowana. Czasem salami. W każdym małym osiedlowym sklepiku w Polsce wybór wędlin jest znacznie większy niż tu w największych marketach. Dla nas jest to szczególnie bolesny cios, bo uwielbiamy jeść. No i przyzwyczailiśmy się do pysznych, domowych wędlin, kiełbas, mięs i innych dobroci. A o grzybach z lasu, truskawkach kupowanych całymi koszami i jagodami od przydrożnego sprzedawcy nawet nie mamy odwagi marzyć. Cieszcie się kochać jadło, tak szybko odchodzi…
Wujkowe wędliny domowej roboty z naszego
 weselnego stołu wiejskiego. MNIAM!
4. Nareszcie możemy być sobą. W Polsce wywierano na nas presje: już tak długo jesteście razem, kiedy ślub? A kiedy dzieci? Przecież macie już umowy na czas nieokreślony. A kredyt? Przecież dziecko nie może się wychowywać w wynajętym mieszkaniu. Kiedy za każdym razem opieraliśmy się tym naciskom, dziwiono się: jak to nie chcecie mieć dzieci? Nie bierzecie kredytu? Przecież wszyscy biorą! Możemy tak wymieniać bez końca. Byliśmy uważani za dziwaków, może nawet za dwóch Piotrusiów Panów. Ręcznie robiona biżuteria? Lekcje tańca? Siłownia? Festiwal najgorszych filmów świata? Koncerty heavy metalowe? Sesje zdjeciowe? Przecież kiedyś trzeba dorosnąć, spoważnieć. Tutaj nareszcie nikt niczego od nas nie oczekuje. Nie ma presji społeczeństwa. Nikt nie próbuje wcisnąć nas w wąskie ramy życia według regulaminu. Wreszcie nie jesteśmy odmieńcami, tylko ludźmi którzy wybrali taki sposób na życie. Już nie musimy być poważni i tacy jak wszyscy.
5. Chcieć to wreszcie móc. Wycieczka do Meksyku? Islandia? A może wielka roczna wyprawa tam, gdzie oczy poniosą? Aparat na zęby? Udział w wielkim festiwalu muzycznym? Prezent gwiazdkowy taki, jaki chcemy podarować, a nie taki na jaki nas stać? Impreza z przyjaciółmi bez przeliczania drobnych w kieszeni? Ze względów finansowych, w Polsce wiele rzeczy należalo raczej do sfery marzeń, które prawdopodobnie się nie spełnią. Tutaj chcieć to móc. Wreszcie mamy poczucie, że jest szansa na realizację tych marzeń. Majaczą na horyzoncie i tylko od nas zależy, czy do nich dojdziemy.
Islandia 2015
6. Odmglenie przyszłości. Częściowe, ale to zawsze krok do przodu. Jeszcze półtora roku temu nie umieliśmy sobie wyobrazić siebie za dwa, trzy lata. Nie mówiąc o dalekiej przyszłości. Staraliśmy się o tym nie mysleć i nie rozmawiać, bo wprawiało nas to w przygnębienie i najzwyczajniej w świecie baliśmy się tych wizji. Dziś nadal nie jest to nasz ulubiony temat, ale kilka demonów zostało wygnanych.
7. Spontaniczność, lekcja pierwsza. Bycie sobą jest fajne, ale nie da sie wykorzenić w ciągu jednego roku całego spięcia, obaw nagromadzonych w ciągu lat dwudziestu-kilku. Nadal uczymy się większej spontaniczności i już nie uciekamy za róg, kiedy ktoś obcy na ulicy chce nam przybić piątkę. Coraz bardziej mamy gdzieś, co ludzie pomyślą. Kasia śpiewa na ulicy, a Piotrek się czasem uśmiecha. Jest progres.
8. Stresy – precz! Ogólnie mówiąc, na co dzień się nie stresujemy. Prace mamy raczej proste z intelektualnego punktu widzenia, aczkolwiek pozwalające na spokojne życie i wydatki na nasze małe przyjemności, takie jak lekcje tańca, koncerty, płyty, książki, podróże czy zwykły obiad na mieście. Przy tym część zarobków jest systematycznie odkładana na konto oszczędnościowe. Czujemy taką specyficzną ulgę, jakby wielki cieżar spadł nam z ramion. Wiemy, że brzmi to patetycznie i wręcz śmiesznie, ale uczucie ulgi towarzyszy nam już od dobrych kilku miesięcy. Szczególnie, kiedy okazało się, że nasz strach o stracie kontaktu z najbliższymi  przyjaciółmi okazał się niesłuszny.
9. Nauka oszczędności. Paradoksalnie, mając więcej pieniędzy, mniej wydajemy. Od zawsze blisko nam było do filozofii minimalistycznej. Jeszcze zanim odkryliśmy, że coś takiego jak minimalistyczny styl życia istnieje. Nigdy nie marzyliśmy o wakacjach na kredyt czy o “ciasnym ale własnym” więzieniu na trzydzieści lat. Nie mamy nic przeciwko mieszkaniu w wynajmowanych lokalach. Nie mamy potrzeby posiadania nieskończonej liczby przedmiotów. I chociaż w łazience znajdziecie sporo kosmetyków, a pod łóżkiem kilka par butów, to ogółem posiadamy mniej niż inni ludzie w naszym wieku, czy na podobnym etapie życiowym. I dobrze nam z tym. Nie odczuwamy już potrzeby posiadania, aby było co pokazać znajomym i czym pochwalić się babci na Boże Narodzenie. I w końcu możemy bez dziwnych spojrzeń otoczenia powiedzieć: nie potrzebuję tego. Korzystamy z tego przywileju bardzo często. Stać nas również na kupno rzeczy lepszej jakości. Najczęściej, na dłuższą metę jest to bardziej opłacalne niż kupowanie kiepskich, szybko zużywających się zamienników. Stać nas również na korzystanie z okazji typu 3 za 2. Oszczędzamy w ten sposób na produktach, które i tak byśmy musieli prędzej czy później kupić. Możemy sobie pozwolić na zakupy hurtowe, które w dłuższej perspektywie są bardziej ekonomiczne. Jednak w powiedzeniu, że pieniądz rodzi pieniądz jest wiele prawdy. Aha, jeszcze jedno – okropne marnotrawstwo (np. jedzenia), jakie praktykują Brytyjczycy, motywuje nas jeszcze bardziej do oszczędzania.
10. Wreszcie spędzamy święta po swojemu. Jak wiecie, nie przepadamy za ludzkimi spędami. Tyczy się to również świąt, np. Bożego Narodzenia. Szczególnie Kasia zawsze chciała je spędzić po swojemu, bez tych wszystkich przygotowań, sprzątania, gotowania, strojenia się. Bez rozmów przy wigilijnym stole z ludźmi, którzy tak naprawdę przestali cię znać jakieś piętnaście lat temu. Nie wiedzą, czym się interesujesz, gdzie pracujesz itd. Z ludźmi, których spotykasz tylko przy świątecznym stole i na cmentarzu przy okazji Święta Zmarłych. Wigilia 2014 była idealna. Mieliśmy spędzić ten wieczór sami, ale dzień wczesniej dostaliśmy zaproszenie do znajomych z Hiszpanii, którzy też mieli podobne plany. Tam w grupie składającej się z pięciu osób zjedliśmy lasagne, jedyną potrawę tego wieczoru. Bez opłatka, wymuszonych życzeń zdrowia, szczęścia, pomyślności i sztucznych uśmiechów (ok, Piotrek tęsknił trochę za karpiem). Na Wielkanoc usiedliśmy we dwójkę przed telewizorem i zjedliśmy mrożoną pizzę zapijaną piwem. Było bosko.
Wigilia 2014

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply