Islandia, Podróże

ISLANDIA – dzień V i VI

30 lipca, 2015
DZIEŃ I
DZIEŃ II
DZIEŃ III i IV
To dziś! To dziś! Jedziemy obejrzeć wieloryby! Wsiadamy do auta i w drogę. Jedziemy kilka godzin, w końcu docieramy do przystani. Cała wioska śmierdzi rybą. Na rejs musimy poczekać dwie godzinki, aż poprzednia grupa wróci ze swojego. No nic, mamy czas, jesteśmy przecież elastyczni. Pójdziemy na kawę albo coś… Nie było kawy. Nie było “albo czegoś”. Wszystkie dwie kawiarnie zamknięte. Jedyna jadłodajnia akurat tego dnia tygodnia nie działa. Nie pozostało nam nic innego jak przejść się po okolicy i pozapuszczać żurawia na islandzkie podwórka. Po jakimś czasie trafiamy na stację benzynową, zamawiamy kawę i zupę. I tu czekamy.

Stawiamy się znów na przystani. Rejsu nie będzie. Za duże fale, za mały statek. Ale możemy jechać do oddalonego o 45 km Akureyri. Tam mają większy statek. I rejs za pół godziny. Wsiadamy do auta i lecimy! Dobrze, że nie było żadnych radarów po drodze, bo zdecydowanie przekroczyłam dozwolone 90 km/h. Wjeżdżamy do miasta. I zonk. Nie wiemy, gdzie jest ta przystań! Jedziemy na wybrzeże. Nic. Pięć minut do rejsu. Nadal nic. Minuta. I DUUUUUPA. Zrezygnowani wracamy na główną drogę. Ale co to?! Szyld “wielorybowej” firmy! Gazu! Uff… Zdążyliśmy, jeszcze nie odpłynęli. Wsiadamy na pokład.
Okutani w rybackie peleryny czekamy twardo na pokładzie. Wiatr straszny, fale ogromne, miotają statkiem na wszystkie strony. Zimno. Bardzo zimno. Wieloryba nie widać. Po 1,5 godzinie zaczynamy zawracać – kapitan nie chce ryzykować wypływania na większe fale. Zaświniliby mu pokład. Ale nie bójcie żaby, on na bank gdzieś tu jest, bo dzisiaj go widzieliśmy! Piotrek zaczyna biadolić: “Na pewno już go nie zobaczymy! Nigdy nie było żadnego wieloryba, tylko kasę wyciagają! Tyle stracić! Cały dzień w dupę! Idę pod pokład!” Ja cały czas wierzyłam, że wieloryba zobaczymy, ale po jakimś czasie dołączam do małżonka, bo zmarzłam, a pod pokładem jest gorąca kawa. WIELORYB NA DZIEWIĄTEJ! Jak sie nie zerwiemy! Lecimy na łeb na szyję po schodach. JEST!
Piękny ogromny i cudowny! Nawet opryskuje nas “wodą z dziury” jak to później przedstawia Piotrek. Podpływa naprawdę blisko, przepływa nam pod łodzią. Widzimy nawet biały spód płetw. Niesamowite.

 

 

 

 

 

Z góry przepraszamy za jakość filmu, ale Kasia nie patrzyła jak kręci –
 wolała oglądać zwierza na żywo. Stąd dziwne kadrowanie,
ale jak na “niewidomego filmowca” wyszło całkiem nieźle.

 



Kolejnego dnia zajrzeliśmy śmierci w oczy. Zaczęło się niewinnie. Zwykła ulotka, świstek papieru, który znaleźliśmy w jakimś hostelu czy knajpie. Walały nam się takie ulotki po całym aucie. Oglądanie wielorybów, jazda konna, wypożyczalnia rowerów, wycieczki na lodowiec, eksploracja jaskiń, skutery śnieżne, quady… Moc różnych atrakcji, pod warunkiem, że ma się gruby portfel. Oferta skierowana raczej do niemieckiego turysty, a nie do Polaka-Zmywaka z UK. Wśród tych ulotek znalazła się jednak taka, która sprawiła, że dreszcz emocji wypełzł z… gdziekolwiek te dreszcze emocji mieszkają. RAFTING. Ooooouuuuooo! 
Macie czasem tak, że myślicie sobie: skoczyłbym na bungee albo ze spadochronem! lub zanurkowałbym w jakąś ciemną otchłań! lub wysmarowałbym się zieloną galaretką i przebiegł nago po centrum miasta! My tak mamy. Nigdy nie dane nam było spróbować takich rzeczy, ale postanowiliśmy, że tutaj na Islandii stracimy dziewictwo! Cóż, tanio nie będzie, jak to z tego typu sportami bywa. Stwierdzamy jednak, że po powrocie z Islandii najbliższy miesiąc przeżyjemy na suchym ryżu i ziemniakach (bez omasty), ale spłynąć tą rzeką po prostu musimy!
Zarezerwowaliśmy sobie spływ. Wiązało się to ze zmianą planów (odpuściliśmy fiordy zachodnie), ale nastawialiśmy się na to, że będziemy trochę improwizować w trakcie wyprawy. W bazie jesteśmy o ósmej rano. Powoli zbierają się uczestnicy spływu. Wśród nich turyści z USA, Kanady, Francji. Instruktorzy pochodzą z Nepalu, Kenii, Holandii, Węgier… żadnego Islandczyka. Dowiadujemy się, że to doborowe towarzystwo. Ludzie z wieloletnim doświadczeniem i licznymi nagrodami na koncie. Rzeka, którą będziemy spływać (Rzeka Lodowcowa), jest ponoć jedną z najlepszych rzek raftingowych w Europie. Słynna wśród miłośników kajakarstwa górskiego.Jak było? Oto historia z dwóch perspektyw…


Piotrek

Na początku, w bazie czułem się trochę dziwnie. Mieszanka podekscytowania i lekkiego zażenowania. Co ja tu robię wsród tych wszystkich turystów z Kalifornii czy innej Kanady? Ludzi ubranych w ciuchy warte tyle, co moje miesięczne zarobki. Specjalna termoaktywna odzież, okulary przeciwsłoneczne z wbudowaną kamerą itd. Mam jakiś polski kompleks. Powoli się go wyzbywam, ale minie jeszcze trochę czasu.Nie planowaliśmy raftingu, była to decyzja spontaniczna, więc nie mamy odpowiedniej odzieży. Pojawiamy się w bazie w dżinsach i bawełnianych swetrach. Ubranie bardzo nieodpowiednie. Na szczęście na miejscu jest sporo ciuchów zostawionych przez innych kajakarzy. Dorwałem jakiś ciepły polar i spodnie o jakieś trzynaście rozmiarów za duże. Wyglądam jakbym występował w cyrku, a nie uprawiał sporty ekstremalne, ale jest git. Zakładam jeszcze kombinezon wodoodporny, buty, kamizelkę ratunkową, rękawice i kask. Pakują nas do busa i jedziemy w górę rzeki, jakieś czterdzieści minut jazdy.

Zanim wyruszymy, instruktorzy sprawdzają, czy kombinezony założone jak należy. Wszystko dopięte, jest ok. Następuje kilkunastominutowe szkolenie. Instruktor opowiada co robić w określonych sytuacjach, a czego broń Boże nie robić. Im więcej mówi, tym bardziej rzednie mi mina. Nie tylko mi, wszyscy dokoła nagle przestali żartować, a na ich twarzach pojawia się wyraz kolejnego, oprócz ekscytacji, uczucia – STRACHU.

– Nie machajcie wiosłem w ten sposób, bo wybijecie koledze obok zęby.
– Nie róbcie tego, bo połamiecie nogi.
– Nie róbcie tego, bo się utopicie.     
– Jeśli ponton się przewróci, a wy nie możecie wypłynąć na powierzchnię – róbcie tak i tak…


Czy wykupiłem ubezpieczenie? Nie. Pal licho, nawet gdybym wykupił, polisa i tak nie pokrywa wypadków podczas uprawiania sportów ekstremalnych. Będzie dobrze, powtarzam sobie. Ostatnie przymiarki, chwytamy pontony i schodzimy do rzeki. Jest nas koło piętnastu osób, łącznie z instruktorami. Dwa pontony po sześć-siedem osób plus trzy kajaki (dwa ratownicze, w razie gdyby coś złego się działo, oraz jeden z fotografem).

Na początku jest spokojnie. Prąd umiarkowany, nie ma za dużo wiosłowania. Po kilku minutach wpływamy do kanionu. Niesamowite uczucie – widzieć kanion od środka. Rzeka robi się coraz bardziej wartka. Coraz więcej trudnych momentów. Instruktor rzuca komendy: wiosłować! prawa strona! padnij! Czuję się jak w jakimś filmie. Co chwila dostaję w twarz strumieniem lodowatej wody. Mięśnie pracują na najwyższych obrotach, ale nie czuję zmęczenia. Jestem na adrenalinowym haju. Dostaję to, com chciał. Na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha. Patrzę na małżonkę – u niej to samo.

 

 

 

Wyprawę zakłóca na jakiś czas mały incydent. Jedna grupa przebiła swój ponton – nie może płynąć dalej. Wychodzimy na skały i czekamy, aż sprowadzą nowy sprzęt. Trochę to trwa – ponad godzinę. Jest cholernie zimno. Na szczęścię przywożą nam gorącą czekoladę oraz gofry z bitą śmietaną. Jakoś damy radę.

Płyniemy jeszcze kilkanaście minut. Zatrzymujemy się. Instruktor tłumaczy, że za chwilę będzie natrudniejszy moment. Naprawdę duży spad i silny prąd. Przy odrobinie szczęścia przepłyniemy i się nie wywalimy. Szanse oceniane 50/50. Ok, let’s go! Pamiętam tylko, jak wiosłowałem z całej siły i jak rozpędzeni wpadaliśmy w wodne, wirujące piekło. Ułamek sekundy później byłem już pod wodą…

…gdzie spędziłem kilka-kilkanaście sekund. Niby niewiele, ale czas przestał mieć tam jakiekolwiek znaczenie. Przez głowę przepłynęło mi wtedy milion myśli. Wśród nich najbardziej wyraźna – O kurwa, tonę. To już koniec, umrę tutaj, w tej lodowatej wodzie, gdzieś na krańcu świata. Przeklęta rzeka nie chciała mnie wypuścić na powierzchnię, za każdym razem kiedy prawie się wynurzałem, wir wciągał mnie z powrotem pod wodę. Walczyłem o łyk powietrza jak oszalały, ale prawa natury się nie pierdolą z malutkim człowieczkiem. W końcu po jakimś czasie (który zdawał się być wiecznością) prąd wypluł mnie z pogardą i popłynąłem w dół rzeki.

Opiłem się wody i byłem przerażony, ale nie spanikowałem. Pamiętałem co mówił instruktor. Pozwoliłem prądowi się ponieść i starałem nie roztrzaskać się o skały. Kątem oka dostrzegłem Kasię na brzegu, wyłowioną z wody przez jednego z ratowników. Odetchnąłem z ulgą. Po kilkudziesięciu metrach rzeka się uspokoiła, a ja zobaczyłem resztę rozbitków na skałach. Udało mi się jakoś dopłynąć, chociaż byłem wycieńczony walką z żywiołem. Wyszedłem na skały na miękkich nogach…

Po kilku minutach przyholowali nasz ponton. Będziemy płynąć dalej, choć już nie będzie takich przygód. Wszyscy zameldowali się cali i zdrowi, chociaż na naszych twarzach i w naszych oczach pojawiło się coś nowego. Coś się właśnie stało. Myślę, że każdy z nas kilka minut wcześniej dowiedział się sporo nowych rzeczy o sobie samym. Może nawet zrobił rachunek sumienia podczas tych kilku sekund pod wodą. Zastanawialiście się, jak reagujecie w naprawdę ekstremalnych sytuacjach? Ja już wiem.

Kasia

Kiedy widzę ulotkę strasznie się ekscytuję. Ja chcę rafting! Rafting! Rafting! Rafting! Uch! Uch! Uch! Zawsze chciałam to zrobić, ale wydawało mi się, że to rozrywka dostępna tylko dla sportowców. A tu taka niespodzianka! Jedziemy!

Oczywiście okazuje się, że jak na cebulaków przystało nie mamy się w co ubrać, bo to co mamy ze sobą jest NIEDOPUSZCZALNE.  Na szczęście w pudle “znalezione” wygrzebaliśmy jakieś ciuchy. Mi się trafiły seksi leginsy z dziurą na kolanie i jakiś polar. Trochę za duży, ale co tam, i tak zakładam na to kombinezon. Strasznie wydaje mi się to zabawne – jesteśmy jedynymi Polakami, ubranymi na biedaka w cudze ciuchy. Cała reszta to światowcy i bogacze. Im dłużej o tym myślę tym śmieszniej mi się robi. Patrzę na Piotrka i jego ponura minę i uśmiecham się jeszcze szerzej: “Nic się nie martw moja cebulo! Będzie fajnie i to się liczy!”.

Przed spływem zaczynam wątpić w to, czy faktycznie będzie tak fajnie. To znaczy wiem, że będzie fajnie, ale nie jestem pewna: przed czy po tym jak się utopię? Albo złamię nogę w trzech miejscach. Albo ktoś rozkwasi mi nos. I pół twarzy przy okazji. Czy aby na pewno mam porządnie zapięty kombinezon? Muszę jeszcze raz sprawdzić buty. I gumę przy szyi. I zasuwaki. I rękawy. I kask. I rękawice. Jak umierać, to w pełnej krasie. Piotrek wspomina coś o jakimś tam ubezpieczeniu. A w dupie z tym, jak umrę to i tak nie będzie mi potrzebne! Lecimy z koksem! Muszę pamiętać tylko o tym, żeby nie stracić wiosła. Trochę brak mi odwagi, żeby usiąść z przodu, więc siadam w środku – wystarczajaco blisko krawędzi, żeby poczuć lodowatą wodę na twarzy, a wystarczająco daleko, żeby czuć się bezpieczniej. Potem żałuję – mogłam jednak usiąść z przodu…

Płyniemy. Wiosłuję jak opętana, czuję się jak jakiś Bear Grylls czy inny Indiana Jones. W prawo! W lewo! Padnij! W przód! Do tyłu! Do tyłu! Do tyłu! Lodowata woda wali mnie po twarzy. Nie mniej zimny wiatr chłosta każdy odsłonięty centymetr ciała. Cholera, mam wodę w rękawicach! Przed nami górki i dołki, silne i słabsze prądy miotające pontonem we wszystkie strony. Nawet nasz mentor stwierdza, że takiego wiatru tu jeszcze nie widział. Ale płyniemy dalej. Jest pięknie, niczym we “Władcy Pierścieni” – kanion od środka to jedna z najpiekniejszych rzeczy, jakie widziałam. Mięśnie palą, ale jakoś wcale to nie przeszkadza. Banany na twarzach. I lodowata górska woda. Nagle druga grupa przebija ponton. Musimy zatrzymać się na skałach i czekać na następny. Zaczyna się moje małe osobiste piekło.

Nikt mi nie powiedział, że czapka pod kaskiem będzie dobrym pomysłem. Zatem zostawiłam ją w bazie. Kiedy wylądowaliśmy na tych przeklętych skałach temperatura stała się dotkliwsza, a wiatr jakby zimniejszy i ostrzejszy. Myślałam, że głowa mi wybuchnie. Moje zatoki nie dawały o sobie zapomnieć. Póki byłam na pontonie, rozgrzana ruchem i adrenaliną nie czułam nic i nawet fale lodowatej wody uderzające prosto między oczy nie były problemem. Za to teraz dają mi popalić ze zdwojoną siłą. Jestem blada jak ściana. Mdli mnie, zaraz się porzygam. Gofry z bitą śmietaną i gorącą czekoladą zamiast postawić mnie na nogi tylko potęgują odruch wymiotny. “Możesz skończyć spływ w tym miejscu. Idź i powiedz, że źle się czujesz.” – Piotrek wyglądał na zatroskanego. “Po moim trupie! Chcę skończyć ten spływ choćby nie wiem co!” I tak zrobiłam. Na drżących nogach wsiadłam do pontonu i zaczęliśmy znów walczyć z żywiołem. To była jedna z najlepszych decyzji mojego życia.

Dotarliśmy do najtrudniejszego momentu. Nawet dla profesjonalistów szanse na przepłynięcie go w całości oceniane są na 50%. W przód! W przód! W przód! Ręce palą żywym ogniem. W przód! W przód! PADNIJ!!!! No i jak padliśmy, tak już nie wstaliśmy. Oczywiście znalazłam się pod pontonem. Oczywiście od razu straciłam wiosło. Udało mi się wynurzyć i zaczęrpnąć powietrza. JEB! Wielka fala zmyła mnie z powrotem pod ponton. Zaczynam walkę od nowa. Łapię desperacko oddech i sekundę póniej znów jestem pod wodą. Próbuję płynąć do przodu, ale nie widzę końca tafli. Tylko woda dookoła mnie. Na dole woda. Z prawej woda. Z lewej woda. Na górze to samo. O kurwa, nie wypłynę! Całe szczęście, że to jeden z ostatnich dni, przynajmniej zdążyłam coś zobaczyć przed śmiercią. Przynajmniej umieram na Islandii. Cóż, shit happens. Przestałam płynąć i położyłam się bezwładnie. Kamizelka ratunkowa zaczęła wypychać mnie do góry. Wypycha, i wypycha, i wypycha… Cholera, musze być naprawdę głęboko! Zaczynam płynąć w górę. Jest! Wypływam na powierzchnię. Próbuję złapać się skały, ale jest zbyt śliska, a kolejna fala zmywa mnie znów pod wodę. Przynajmniej wiem, gdzie jestem. Płynę w stronę skały. Tym razem udaje mi się jej uczepić. Pomoc już płynie. Kładę się na kajak i płyniemy na przeciwległy brzeg, gdzie czeka reszta rozbitków. Gdzie jest Piotrek? Kurwa mać, nie widzę go! Dobra, spokojnie, jak wyjdziesz na brzeg i go nie zobaczysz, będziesz wtedy lamentować. Muszę wejść ponownie do wody, przepłynąć wpław kawałek razem z resztą ekipy i JEST! Mój piękny, blady i przerażony mąż z uśmiechem od ucha do ucha!

Wsiadamy na ponton i płyniemy dalej. Obyło się już bez większych przeżyć. Za to dowiedziałam się, że trafiłam na najgłębsze miejsce… Po powrocie do bazy w damskiej szatni jako jedyna jestem przemoczona do suchej nitki. Czemu jesteś taka mokra? No tak, wam się nie udało przepłynąć i wywaliliście ponton! Szkoda, że nam się udało… Przy obiedzie fotograf śmieje się z Piotrka: “A, to ty utknąłeś w wirze! Ale to śmiesznie wyglądało kiedy chciałeś się wydostać!”

Kiedy po kilku dniach nasze emocje słabną, zdaję sobie sprawę, że przez te skały mogłam połamać nogi. Albo utknąć i się utopić. Albo jedno i drugie. Muszę to powtórzyć!!!

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply