Pogaduchy

Mój dom to moja twierdza (część 1)

Styczeń 26, 2015
Zanim zaczęliśmy podbój Anglii, musieliśmy oczywiście znaleźć dach nad głową. Okazuje się, że nie jest to wcale taka prosta sprawa, nawet jeśli mamy wystarczająco dużo pieniędzy, żeby utrzymać się przez kilka miesięcy. Dziś opowiem, jak sobie poradziliśmy ze znalezieniem mieszkania.

Prawdopodobnie większość Polaków przyjeżdżających na Wyspy Brytyjskie miało już tutaj kogoś znajomego – rodzinę, przyjaciół, kolegę z podstawówki. To znacznie ułatwia sprawę. Znajomy jest na miejscu, zna lokalne realia, wie jak, gdzie i za ile można znaleźć cztery kąty. Pomoże zaaranżować spotkanie z landlordem, a jeśli nie władasz biegle językiem angielskim, na pewno możesz liczyć na jego wsparcie. Jeśli nie ma możliwości albo chęci, żeby pomóc ci szukać mieszkania, może przynajmniej pozwoli ci zatrzymać się u siebie na kilka dni.

Niestety, nie mieliśmy nikogo takiego w Anglii. To znaczy mamy tu paru znajomych, ale akurat nie w regionie, do którego postanowiliśmy wyjechać. Nie pozostało nam nic innego, jak szukać mieszkania na własną rękę. Wiadomo, jest Internet, jest cała masa portali z ogłoszeniami pt. WYNAJMĘ. Wydaje się, że nie jest to żadna filozofia. A jednak.
Jak się okazało, trudności jest bardzo wiele. Życzę powodzenia, jeśli zamierzacie znaleźć mieszkanie przez Internet, pozostając ciągle w Polsce. Nie twierdzę, że to niemożliwe, na pewno da się w ten sposób skontaktować z wynajmującym, jechać na oglądanie mieszkania i od razu się wprowadzić. Nam się nie udało.
Po pierwsze, wasze ogłoszenia w większości pozostaną bez odpowiedzi. Wynajmujący nie ufają osobom spoza UK,
które nie pracują w tym kraju. Nawet jeśli macie sporo pieniędzy.  Możecie za to liczyć na odpowiedzi wszelkiej
maści oszustów, wyłudzaczy i skurwysynów. Jeśli ktoś wam odpisze, warto wpisać w google jego adres e-mail i sprawdzić, czy nie jest to tzw. scam. Istnieją specjalne strony internetowe do wykrywania scammerów. Zawierają m.in. podejrzane adresy e-mail i przykłady wiadomości wysyłanych z tych adresów. Dostaliśmy kilka takich maili
(przykład poniżej).
Wiadomo, jeśli ktoś ma trochę oleju w głowie, nie da się nabrać. Ale całość brzmi dość wiarygodnie. No bo
jak, do cholery, mogą zedrzeć z ciebie kasę, jeśli przekazy pieniężne są na twoje nazwisko, albo kogoś z twojej rodziny, a do wypłaty potrzebny jest dokument tożsamości? Skurwysyny mają jednak swoje sposoby, m.in. wspólników w miejscach realizujących przelewy np. Western Union. Jeśli zatem traficie na podobne ogłoszenie – olejcie to gówno.
Kolejną przeszkodą w znalezieniu mieszkania jest brak pracy. Anglik raczej nie wynajmie mieszkania nikomu, kto nie ma udokumentowanego zatrudnienia. Nawet jeśli pokażecie wyciąg z konta, że stać was na opłacanie mieszkania przez kilka miesięcy – szanse są nieduże. O agencjach wynajmujących nieruchomości możecie zapomnieć. Nie ma mowy, żeby wynajęli wam cokolwiek bez stałej pracy, bez angielskiego konta bankowego, bez referencji. I tutaj jeszcze jeden mały haczyk – nie macie angielskiego konta bankowego? Nie wynajmiecie mieszkania. Chcecie założyć konto bankowe, żeby wynająć mieszkanie? Nie założycie konta, bo nie macie adresu zamieszkania.
He
He

He.

 

Kolejną cechą charakterystyczną angielskich ogłoszeń dotyczących wynajmu mieszkania jest zwrot: NO PETS. Żadnych zwierzaczków. Tak oto plan zabrania ze sobą naszej kotki wziął w łeb. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że znalezienie mieszkania, gdzie futrzak będzie akceptowany, graniczy z cudem. Nasza pociecha została zatem w Polsce, pod okiem naszych rodziców, gdzie przynajmniej jest szczęśliwym, mającym dużo przestrzeni, grubym kotem.
Kolejne utrudnienie – angielscy landlordzi niechętnie wynajmują mieszkania parom! What the fuck, ciśnie się na usta. Musieliśmy obejść się smakiem, jeśli chodzi o kilka naprawdę fajnych ogłoszeń. Tak ogłoszenie aktualne, ale tylko dla jednej osoby. A pokój albo mieszkanie wystarczająco duże dla dwóch, albo i nawet trzech osób. Frustrujące. Wydaje się, że pary to dość stabilni lokatorzy, z większą zdolnością do regularnych płatności, niż singiel. Długo zachodziliśmy w głowę, co jest nie tak z tymi parami. W końcu ktoś oswiecił nas, że właściciele boją się, że kobieta zajdzie w ciąże, a wtedy prawo zabrania im wypowiedzenia umowy. No tak… bo singielka nie uprawia seksu? Nie może pójść na dyskotekę albo wyjechać na wakacje i wrócić z brzuchem? Albo nawet kobieta nie jest singielką, ale nie mieszka ze swoim facetem! Tutaj, proszę państwa, robi się kurwę z logiki…
Częstym zapisem w ogłoszeniachjest też zwrot NO DSS. Na początku myślałem że to skrót od No Deutschland SS, a
my przecież z Polski jesteśmy… Ale to jednak nie to. DSS oznacza Department of Social Security, tym skrótem zatem zwykłe określać się osoby utrzymujące się z różnego rodzaju zasiłków. Tak czy inaczej, nie dotyczy nas to, nie po to jedziemy do Anglii.
No dobra, to jak w końcu udałonam się upolować te upragnione cztery ściany? Po pierwsze, postanowiliśmy zrobić trzydniowy wypad do Anglii, żeby na miejscu, samodzielnie znaleźć mieszkanie. Zabukowaliśmy bilety na samolot, a na portalu couchsurfing.com znaleźliśmy osobę, która zgodziła się nas przygarnąć na te kilka dni. O warunkach, jakie panowały w tym mieszkaniu, napisałem trochę TUTAJ. Najważniejsze było jednak to, że mieliśmy darmowy dach nad głową i mogliśmy ruszyć na poszukiwanie mieszkania…
Myśleliśmy, że będąc na miejscu, w Bristolu, nie będziemy mieć większych problemów ze znalezieniem mieszkania.
Rozczarowaliśmy się srogo. Spędzaliśmy całe godziny przed laptopami, wyszukując coraz to nowe ogłoszenia. Wszędzie to samo – nieaktualne, żadnych par, tylko przez agencję, nieaktualne, żadnych par… Zrobiliśmy też dziesiątki kilometrów, chodząc po mieście i sprawdzając ogłoszenia na tablicach (m.in. w polskich sklepach). Prawie żadnych efektów. Prawie, bo umówił się z nami przez telefon jeden podejrzany typek z arabskim akcentem. Ciągle coś mieszał i zmieniałgodziny spotkania. Wiarygodny jak Donald Tusk. Byliśmy coraz bardziej rozgoryczeni i zdesperowani. Już myśleliśmy, że wrócimy do Polski z niczym, całe zainwestowane do tej pory pieniądze i czas pójdą w cholerę, a nasze plany podboju Anglii pękną jak bańka mydlana.

Jak zatem przyszedł ratunek? Jak to zwykle bywa, zbieg okoliczności, przypadek. Chłopaki, u których zatrzymalismy się na te trzy dni, wychodzili ze znajomymi na piwo do pubu. Spytali, czy chcemy iść z nimi. Nie bardzo mieliśmy ochotę, byliśmy zmęczeni podróżą i poszukiwaniami mieszkania, ale poszliśmy. W drodze do pubu zatrzymaliśmy się przy bankomacie, żeby jedna dziewczyna wybrała kasę. Zajęłoto chwilę. Kiedy czekaliśmy, w międyczasie ze sklepu obok wyszła jakaś para. Przywitali się serdecznie z jednym z chłopaków przy bankomacie. Okazało się, że to przyjaciele, którzy nie widzieli się kilka miesięcy. Od słowa do słowa, stanęło na tym, że ta para pójdzie z nami na piwo (on – Anglik, ona – Australijka), żeby uczcić spotkanie. W pubie zamówiliśmy piwo (co nie jest miłe dla polskiego portfela – 1 browar to ok. 20 zł) i zaczęliśmy gadać. Od początku złapaliśmy dobry kontakt z parą, która do nas dołączyła. Opowiedzieliśmy o sobie i o naszej sytuacji. No i kolejny cudowny zbieg okoliczności – okazało się, że za trzy tygodnie wyjeżdżają z Wielkiej Brytanii. Najpierw ruszają do Australii, a następnie do Azji Południowo-Wschodniej przynajmniej na kilka miesięcy. Właściciel mieszkania (oraz ich przyjaciel w jednym), w którym mieszkali do tej pory, będzie szukać kogoś na ich miejsce. Wymieniliśmy się zatem numerami telefonów i zaaranżowaliśmy spotkanie z landlordem. A nasza parka szepnie parę słówek, żeby nas przygarnął. Z tej historii można wynieść jedną bardzo ważną naukę – WARTO PIĆ.

Czy chcę piwo? (a) Tak  (b) a  (c) b

Zostaliśmy zatem podsunięci jak na tacy angielskiemu landlordowi, który musiał szukać nowych lokatorów. Ostatniego dnia naszego pobytu, wieczorem, spotkaliśmy się z nim w innym pubie, żeby omówić ewentualny wynajem. Nawet nie było o czym rozmawiać – od razu założył, że wynajmie nam mieszkanie!  „Skoro mój przyjaciel mówi, że jesteście w porządku, to tak jest”. Niebyło nawet mowy o żadnym zadatku czy płaceniu z góry. Przyjeżdżacie za trzy tygodnie i się wprowadzacie. Zapłacicie jak przyjedziecie. Voilà!  Takie interesy lubię. Wypiliśmy jeszcze parę piw i rozeszliśmy się do domów. Nazajutrz samolot do Polski, a potem… przygotowania do przeprowadzki.Jak nam się w tym nowym mieszkaniu żyje? O tym w drugiej części posta…

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Piotr 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply