Pogaduchy

Brud, smród i bogactwo

Grudzień 27, 2014
Wielka Brytania – państwo bogate. Wysoki poziom życia, wspaniałe tradycje, znakomita kultura (zdaniem Brytyjczyków zapewne najznakomitsza). Słowem – dobre miejsce do życia. Może nie raj na Ziemi, ale blisko, zwłaszcza dla ludzi, którym dane było zmagać się z rzeczywistością w krajach postkomunistycznych. W brytyjskiej beczce miodu jest jednak również łyżka dziegciu. Albo chochla. Albo dwie…

 
Uważa się często, że Wyspy Brytyjskie = wysoka kultura, natomiast Polska = Ciemnogród, zacofanie, syf itd. Nigdy nie byłem zwolennikiem takiego uogólniania, ani radykalnych poglądów. Po prawie trzech miesiącach spędzonych w Anglii zdanie sobie wyrobiłem. Weźmy kwestie czystości i porządku…
Ulice
 
Centrum Bristolu jest bardzo ładne, czyste i zadbane – to trzeba przyznać. Najbardziej reprezentatywna część miasta jest dobrze utrzymana i dokłada się starań, żeby taki stan trwał cały czas. Spacer po centrum jest zatem przyjemny (o ile z angielskiego nieba nie spada ci właśnie na głowę milion hektolitrów deszczu). Opuścimy jednak centrum miasta i udamy się do dzielnicy, w której mieszkamy my.
Oczywiście nie mogliśmy sobie pozwolić na wynajem mieszkania w centrum Bristolu, dlatego mieszkamy tu gdzie mieszkamy. Multikulturowa dzielnica, okupowana głównie przez przybyszów z Indii, Bliskiego Wschodu, Afryki Zachodniej. Anglików też jest zaskakująco dużo, ale nie przeważają tak jak w centrum czy w innych, bogatszych
dzielnicach. Tutaj ulice i podwórka nie wyglądają już tak dobrze…

 
Chodniki są brudne i pełne śmieci. Pod sklepami i knajpami zalegają puste kartony, butelki, puszki. Nikt nie słyszał o czymś takim jak zamiatanie liści. Te dwa metry kwadratowe przy mieszkaniach, nazywane dumnie ogródkami, są albo obrośnięte chwastami, albo po prostu zabetonowane. Wszechobecne kubły na śmieci. Możecie sobie zobaczyć co pani spod czwórki robiła na obiad, a co pan spod dwudziestki pił wieczorem przed telewizorem. Przy ścieżce rowerowej i pod wiaduktem leżą tony przeróżnych odpadków. Okoliczna rzeczka wygląda jak płynąca zupa szczawiowa. Itd itp…
Nie chciałbym za bardzo uogólniać i być oskarżonym o rasowe uprzedzenia, ale widzę pewne zależności, które domagają się, żeby je wypowiedzieć. Odrzucam zatem polityczną poprawność (która swoją drogą, jest wręcz absurdalna i karykaturalna na Wyspach Brytyjskich) i napiszę to, czy to się komuś podoba czy nie: tam, gdzie przeważają ludzie pochodzenia arabskiego, indyjskiego czy afrykańskiego, jest po prostu brudno.Bardziej, niż gdzie indziej. Jedyne miejsce, w naszej dzielnicy, gdzie warto pójść i które nie jest brzydkie, to park.
Mieszkania, miejsca pracy
 
Problemy z czystością w miejscach mulikulturowych, jak nasza dzielnica, to jedno. Prawdą jest jednak również to,
że sami Anglicy to okropni, beznadziejni wręcz bałaganiarze (którzy przynajmniej dbają o przestrzeń publiczną).
Pierwszego dnia po przyjeździe z Polski spędziliśmy cały dzień (kilkanaście godzin!) na sprzątaniu mieszkania. Mycie, szorowanie, odkurzanie, wszystko. Co prawda wynajmujemy tylko pokój, ale również korzystamy z kuchni, łazienki i salonu. Co tu zastaliśmy? Wszechobecny brud i kurz. Na każdej możliwej powierzchni. Szafki w kuchni, kuchenka, wanna… wszystko – jakby powiedział Kamil Durczok – upierdolone. Piekarnik wyglądał jak pole bitwy, z tłuszczem zamiast krwi i flaków. Każdy kąt, każdy zakamarek pełen antycznego brudu. Grzejnik w łazience pokryty kilkucentymetrową warstwą kurzu. Wieszasz na niego ręcznik, wycierasz się po kąpieli i… znów jesteś brudny.  A przecież tu żyją ludzie, do cholery! Tu, w tym domu! Ani ja, ani Kasia nie jesteśmy przesadnymi czyściochami, oboje zdobylibyśmy raczej tytuł Chujowej Pani Domu, a nie Perfekcyjnej. Tego było stanowczo za wiele nawet dla nas… Rozumiem, że ktoś ni lubi i nie ma czasu sprzątać. Rozumiem doskonale. Tyle że to nie był brud kilkutygodniowy czy nawet kilkumiesięczny. Tam nie było sprzątane od lat.
Powiem więcej – nasze mieszkanie nie było wcale takie najgorsze. Kilka tygodni wcześniej przyjechaliśmy do Bristolu, żeby znaleźć kąt, w którym moglibyśmy zamieszkać. Zatrzymaliśmy się w mieszkaniu u trzech młodych chłopaków, których znaleźliśmy na portalu couchsurfing.com. Poziom brudu w tym  miejscu przekroczył wszelkie dopuszczalne normy już jakieś tysiąc lat temu. Żadnej przesady – było tak brudno, że baliśmy się dotknąć czegokolwiek w kuchni czy w łazience. Wszystko się kleiło. Wanna była tak obrzydliwie zapuszczona, że lepiej było nie myć się w ogóle przez trzy dni. Wszędzie zacieki, kurz, pozostałości po mydle i różnych płynach (a na półeczce – tadaaam – drogie perfumy i różne kosmetyki). W lustrze jakiś rozmazany stwór zamiast mojego odbicia. Widziałem mieszkania starych meneli w mojej rodzinnej wsi, gdzie łazienki i kuchnie wyglądały lepiej. Syf w domu niewyobrażalny, ale chłopaki twardo segregowali śmieci – plastik, szkło, papier. To ważne, żeby dbać o środowisko, mówią. Kurwa! Miałem ochotę zapytać: dbasz o środowisko, a nie umiesz zadbać o te dziesięć metrów kwadratowych wokół siebie?! Tyłek chociaż umiesz podetrzeć, jeden z drugim?!


 
Nieważne, nie będę nikogo wychowywał. U mnie w pracy wcale nie jest lepiej. Zarówno w pokoju dla pracowników, jak i w magazynie władcą jest Chaos. Po jego prawicy siedzi Bałagan, a po lewicy Bezmyślność. Wszystko rzucone byle gdzie i byle jak. Zatarasowane przejścia. Rzeczy spadające z półek. Stosy papierów, niedojedzonego żarcia, wszystkiego. Umywalka – syf. Mikrofala – jeszcze większy syf. Lodówkę otworzyłem raz i już nigdy tego nie zrobię. Miałem wrażenie, że Ona żyje i chce mnie wciągnąć. Zupełnie nowy, złowieszczy, saprotroficzny ekosystem. Myślę, że nawet Stephen King i H.P. Lovecraft mieliby problemy z opisaniem tych potworności.
Lodówki
 
Właśnie, lodówki. Ostatnio rozmawiałem z kolegą z pracy o poziomie życia w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Polsce. Razem doszliśmy do niezbyt zaskakującego wniosku, że wystarczy zajrzeć do czyjejś lodówki, żeby mieć wyobrażenie, jak się ludziom żyje. Fakt – po przeprowadzce do Anglii zawartość naszej lodówki wygląda bardziej imponująco niż w Polsce. Pamiętam jak niejednokrotnie lodówka (zwłaszcza w czasach studenckich, albo pierwszych, marnie płatnych prac) świeciła pustkami. Pod koniec miesiąca, tuż przed wypłatą można było znaleźć co najwyżej światło, ewentualnie margarynę i pasztet do posmarowania pieczywa. Tutaj takich problemów nie ma.
Miałem okazję zajrzeć już do kilku angielskich lodówek. Każda wyglądała dość przerażająco. Owszem, wszystkie wypchane po brzegi, głównie dobrej jakości produktami. Masa jedzenia, wszystko co możesz sobie wyobrazić. Jest tego tyle, że osoby, które to wszystko kupiły, nie są w stanie zjeść nawet połowy. Żarcie zalega w lodówce, gnije, śmierdzi. Ileż to razy już musieliśmy wyrzucać spleśniałe jedzenie naszego landlorda? Otwierasz lodówkę i czujesz smród rozkładu. Anglicy zdają się tego nie dostrzegać, albo po prostu mają to wszystko gdzieś. I mamy takie sytuacje – cztery napoczęte słoiki piklowanej cebuli, dwa słoiki takiego samego sosu barbecue, siatka zgniłych pomidorów. Często kupują produkty, które już w domu mają, ale nie pamiętają że je mają, dlatego znów je kupują.

Anglicy kupują jedzenie bemyślnie i wyrzucają je potem bezmyślnie. To stoi w sprzeczności z wychowaniem i zasadami wyniesionymi przeze mnie z domu. No nie mogę się do takich zachowań przyzwyczaić. Na jedzenie trzeba przecież ciężko zapracować. Z czego wynika taka postawa Brytyjczyków? Chyba po prostu za łatwo im to wszystko przychodzi. Są leniwi. Wartość pieniądza, za który można kupić jedzenie, jest względna. Oni nigdy nie zetknęli się z czymś takim jak puste półki w sklepach (są też bardzo podatni na wszelkiego rodzaju oferty promocyjne, tak sądzę). Nie zdają sobie sprawy, że gdzie indziej pensja nie wystarcza ludziom do wyżywienia rodziny. Trudno ich za to winić. Szacunek do pożywienia jako daru Ziemi albo Boga (zależy w co kto wierzy albo nie wierzy)? Jedzenie po prostu jest – idę do marketu, kupuję, konsumuję. Albo i nie, bo nie dam rady tyle zjeść. Ale i tak kupię, najwyżej wypierdolę do śmieci, stać mnie. Tony, tony żarcia się marnują. Jednocześnie bardzo popularne jest tutaj wspieranie przeróżnych fundacji, osób biednych, głodnych dzieci w Afryce. Zabawne, prawda?

 

Tak, dobrobyt potrafi przewrócić w głowach. Mam nadzieję, że po dłuższym czasie mieszkania w Anglii nie zaczniemy
gnić i pleśnieć jak te pomidory w lodówce.
Piotr

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Ania79 Lipiec 16, 2017 at 11:45 am

    Przebywam w Anglii od roku.Cały ten opis odzwierciedla to czego sama doświadczyła.To jest przerażające.Ania

    • Reply Kasia Sierpień 12, 2017 at 11:28 am

      Cześć Aniu, no niestety jest tak, że Anglia to nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca, okazuje się często, że Polska w pewnych kwestiach ją prześciga. Oczywiście nie ma co też wieszać na Anglii psów, bo jest też sporo naprawdę fajnych aspektów 🙂

    Leave a Reply