Emigracja, Pogaduchy

Cuda i dziwy – czyli co nas zaskoczyło i jak długo się przyzwyczajaliśmy

20 listopada, 2014
Kierunek: Anglia! Nastawiamy radary na moduł przygody i ruszamy w nieznane. Wyspy Brytyjskie słyną z dziwactw oraz z tego, że Anglicy wszystko muszą robić po swojemu. Najczęściej na odwrót. Co nas przyjemnie zaskoczyło, a co rozczarowało?

1. Sznurek w łazience i brak gniazdek

Wchodzisz do łazienki, a tam przed nosem dynda Ci sznurek. Taki najzwyklejszy, szary sznurek. I wcale nie oznacza to, że Twój współlokator właśnie się powiesił. To oznacza, że jeśli nie lubisz sikać po ciemku musisz za niego pociągnąć, aby zapalić światło. Dziwne, ale da się przyzwyczaić. Właściwie to aby przywyknąć potrzebujesz maksymalnie dwóch dni. Co innego brak gniazdek. Ja rozumiem, że nie można się kąpać i suszyć włosów jednocześnie. Podejrzewam, że przeciętny Anglik też gdzieś o tym słyszał. Kto by się tam przejmował, bezpieczeństwo obywateli przede wszystkim! Gniazdek niet. No i masz babo placek, trzeba ciągnąć przedłużacz. Za każdym razem. Strasznie to upierdliwe.

2. Okna otwierające się na zewnątrz

Nie wiem, kto to wymyślił, ale na pewno był to facet. No powiedzcie mi, co z sens otwierać okno do zewnątrz? Owszem, mieszkania są ciasne, ale spokojnie znalazłoby się kilka centymetrów, żeby uchylić lufcik. Nie można tego umyć, trzeba ścigać ekipę. Anglicy poradzili sobie z tym problemem zupełnie rezygnując z mycia. Mnie bardzo to denerwuje, bo kilka dni temu ptak nasrał na szybę i tak to sobie wisi. Poczekamy, może na wiosnę się samo wykruszy.

3. Zasłanianie okien białymi szmatami

Prawie w każdym domu w salonie jest przepiękne okno.  A właściwie trzy duże okna stykające się dłuższymi bokami ze sobą. Są śliczne. W większości mieszkań wiesza się w nich białe szmaty, które spełniają jedną z dwóch ról: pomniejszają i tak już ciasne mieszkanie, bo nikt nie pofatygował się, żeby dopasować rozmiar szmaty do okna. I powiesił je tak ot, w linii prostej, tworząc raczej parawan, a nie zasłonkę. Druga funkcja to szpecenie mieszkania. Niejednokrotnie jedna szmata spełnia obie te funkcje na raz. Gdzie tu sens, gdzie logika?

4. Ruch lewostronny i ścieżki rowerowe.

Niby każdy o tym wie, ale jak trzeba przejść przez ulicę to nie jest się już takim pewnym siebie. W prawo, w lewo i jeszcze raz w prawo? A może na odwrót? Jesteśmy tu drugi miesiąc, a ja nadal nie nauczyłam się jak korzystać z zebry. Dobrze, że w niektórych miejscach jest strzałka na jezdni i napis “Popatrz w prawo/popatrz w lewo”. Ogromne ułatwienie. O jeździe po rondzie chyba nie muszę wspominać? Trauma do końca życia.

Skoro już zeszło na motoryzację – nie tylko mieszkania mają tu ciasne. Ulice wyglądają jak ścieżki rowerowe. Zdarzyło mi się pojechać prosto zamiast skręcić w prawo, bo myślałam, że to droga dla rowerów. Nic bardziej mylnego. To była normalna droga. No i trzeba było kręcić. Na rondzie oczywiście. Na dwóch rondach. Na koniec dodam tylko, że codziennie w drodze do pracy czekam, aż autobus skosi w końcu kilka zaparkowanych na ulicach aut. Jak się doczekam, to wrzucę fotki.

5. Niechlujne ogródki

Ogródek to za dużo powiedziane. Kawałek trawy za domem. A po co komu trawa? Lepiej zabetonować wszystko, wywalić graty na środek i postawić wysokie przepierzenia. A sąsiadowi jak się nie podoba, to niech nie wygląda przez okno. Albo niech powiesi białą szmatę. Czasem jest dosłownie kilka metrów powierzchni do zagospodarowania przed drzwiami wejściowymi. W Polsce dba się o takie rzeczy, próbuje jakoś spersonalizować. Tu  nikt nie zwraca na to uwagi, śmieci leżą na wierzchu (jest kilka kontenerów na segregowane odpady) i straszą. Tylko w bogatszych dzielnicach ma to ręce i nogi. Chociaż też nie zawsze.

6. Wartość funta

Dziwna sprawa. Za 12 funtów możesz pójść do kina. Albo kupić 24 reklamówki świeżych warzyw i owców w sklepie u Hindusa. Albo 24 puszki fasolki Heinza do typowego English breakfast. Można iść do Lidla i obkupić się w 26 tabliczek bardzo dobrej czekolady (45p. sztuka) lub, jeśli macie szczęście i jest promocja -50% w odpowiednio więcej tabliczek czekolady. Za 12 funtów można kupić 3 średnie kurczaki, kilka par kapci. Albo fajną bluzeczkę, ze trzy pary butów. To niewiarygodne, jak może się różnić to, ile warta jest ta sama ilość pieniędzy w tym samym kraju.

7. Wygląd ludzi

Oczekiwałam, że skoro zarobki są spoko, a asortyment w sklepach bardziej zróżnicowany niż w Polsce, ludzie będą wyglądali jak spod igły. Jak dodać do tego jeszcze łatwą dostępność towarów, może się wydawać, że to więcej niż pewne. A figa. Na ulicach króluje styl, którego elementem charakterystycznym jest brak stylu. Dużo tu hipisów. Popularne są też szaliki. Ale ogólnie ludzie nie przykładają wagi do tego, jak wyglądają. A nawet jeśli, to dobierają ubrania bardzo nieudolnie. Wyjątkiem są Murzynki. One jak chcą wyglądać, to wyglądają. Tak samo jak w Polsce – zawsze uważałam, że mają klasę. W pracy jestem jedyną osobą, która się maluje. Angielki nie kładą nawet podkładu, bez względu na to, ile mają pryszczy. Zero tuszu do rzęs. Sama natura. A przecież tyle mają super kosmetyków, na które pracują ze dwie godziny…

8. Transport publiczny

Jedno słowo – tragedia. Po pierwsze wszystkie przystanki są na żądanie. Nie machniesz – możesz pomachać na pożegnanie. Nie ma pełnych rozkładów jazdy. Nigdzie. Więc tak naprawdę nigdy nie wiesz, na jakim przystanku masz wysiąść, jeśli jedziesz gdzieś, gdzie do tej pory nie byłeś. Podobno można coś ściągnąć na Smartfona, ale nie próbowaliśmy, bo nie posiadamy takiego telefonu. Spóźniony autobus to norma. Rozkład sobie, kierowca sobie. Powinni jechać do Gdańska na korepetycje z transportu miejskiego.

9. Ocet,wszędzie ocet!

Chipsy octowe jedliśmy przy okazji brytyjskiego tygodnia w Lidlu, więc nie było to żadne zaskoczenie. Ale tu octowe mają wszystko! Nie warto kupować żadnych sosów, chipsów innych niż serowo-cebulowe lub słodkie chili – nie ważne, jaki smak wybierzesz, zawsze będzie octowy. Popularne chutney (takie cuś do smarowania z różnych warzyw albo owoców – trochę jak nasz dżem, z tą różnicą, że dżem da się jeść) jest tak octowe, że aż gębę wykręca. W zasadzie, to można tak przygotować nawet gówno – i tak będzie czuć sam ocet. Dobrze, że ketchup jest normalny. I piwo.

10. Dzwonek w pubie

Siedzisz sobie w pubie, sączysz cyderek (te są naprawdę dobre, zyskały nową fankę!) a tu nagle DZYŃ! Barman daje znak, że jeśli chcesz jeszcze się czegoś napić, to już ostatni dzwonek. Potem zamykają. Jest 23.00. Wszystko tak, jak uczyła mama – po dobranocce siusiu, paciorek i spać. Nie ma włóczenia się.

11. Zioło

Normalnych papierosów nie pali tu nikt. Wszyscy, mali i duzi, skręcają własne. To akurat jest zrozumiałe, bo fajki są bardzo drogie, każdy próbuje zaoszczędzić. Ale z tego co wiem marihuana w UK jest ciągle nielegalna. Ciężko w to uwierzyć, bo na każdym kroku można ją poczuć. Wiele osób miesza ją z tytoniem i pali jak gdyby nigdy nic, jako zwykłego papierosa. Ciągle się zastanawiam, dlaczego policja nie reaguje w takich przypadkach – przecież to czuć na odległość. Teraz już nie zwracam na to uwagi, ale w pierwszych dniach byłam niesamowicie wyczulona na tym punkcie. Byłabym zapomniała – chyba widziałam ciekawy krzaczek  a czyimś… balkonie! Panie władzo, gdzie pan?

12. Rozmiarówka odzieży

Panuje powszechnie krzywdzący stereotyp grubej Angielki. Owszem, na ulicach widać więcej otyłych osób niż u nas, ale po pierwsze nie są to tłumy, a po drugie widać też więcej starych ludzi i ludzi chorych. To świadczy tylko i wyłącznie o tym, że tutaj ludzie nie siedzą w domu. Tutaj babcie ubierają się w Next, a nie u Chińczyka na rynku. Tutaj dziewczyna na wózku zasuwa razem z koleżankami po centrum handlowym. Ze względu na tę różnorodność oczekiwałam, że wchodząc do Primarka (który chyba śmiało można nazwać najpopularniejszym sklepem w mieście, skoro ma aż 4 piętra) znajdę rozmiarówkę od A do Z. Niestety trochę się zawiodłam. Okazuje się, że łatwiej kupić chociażby bluzkę na siłownię, kiedy masz rozmiar minimum 12, czyli nasze 42. Kupiłam sobie ostatnio pidżamy w rozmiarze S. Okazały się trochę za duże. Spodnie, które mierzyłam też były o jakieś pół rozmiaru większe niż zwykle, dzięki czemu wbiłam się w 36. Jeszcze nie wiem, jak jest w innych sieciówkach i z czego to wynika. Jak się dowiem, to Wam powiem.

13. Znalezienie mieszkania

Jeśli: nie jesteś singlem, masz zwierzaka, nie pracujesz, jesteś studentem, palisz, jesteś emerytem lub masz dzieci – przygotuj się na mozolne poszukiwanie mieszkania. Jeśli jesteś pracującym singlem bez życia prywatnego  – będziesz przebierał w ofertach.

14. Bałagan

Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy do Bristolu zatrzymaliśmy się u bardzo fajnego Anglika. Jego mieszkanie miało jedną podstawową wadę. Było tak brudno, że nie myłam się przez kilka dni, bo wolałam śmierdzieć, niż wejść do tej syfiastej wanny. W mieszkaniu, w którym teraz mieszkamy było prawie czysto. Jedynie kilka centymetrów kurzu. Wszędzie. Zajęło nam kilkanaście godzin, żeby posprzątać. Ja bym się wstydziła. Anglicy mają to gdzieś.

15. Dwa krany

Wszyscy narzekają na to, że w jednym z nich woda jest lodowata, a w drugim mega gorąca. Mi osobiście to nie przeszkadza,  nie spędzam za dużo czasu nad umywalką, lejąc wodę tak długo, aż przestanie lecieć zimna i w końcu będzie można umyć ręce. Myję i wychodzę. Dość długo jednak przyzwyczajałam się do tego, że krany są tak blisko ścianki umywalki. Bardzo niewygodnie myje się ręce. O twarzy nie wspomnę. Mi opracowywanie własnej techniki używania tego ustrojstwa zajęło nieco ponad miesiąc. Piotrek chyba nadal nad tym pracuje.
To by było na tyle. Takie są moje spostrzeżenia po niecałych dwóch miesiącach życia tutaj. Na pewno z biegiem czasu coś dołączy do tego kramu osobliwości. Być może coś zostanie wyrzucone. Pożyjemy – zobaczymy. A na dobranoc macie jesienną fotkę z mojego ostatniego spaceru.
Kasia

 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply